Taka Ja Chadowa

Między dwoma światami.

Między supernową i nicością.

Między superhero i robakiem.

Gdzieś tam pomiędzy zapewne istnieję JA - tylko jak ją poznać...? 

Jak znaleźć prawdziwą mnie?

Jak dowiedzieć się co lubię?

Jak w końcu i czy

ŻYĆ...   ???

 

"Wystarczy tylko się uśmiechać, by ukryć zranioną duszę i nikt nawet nie zauważy, jak bardzo cierpisz". - Robin Williams

Najpopularniejszy dwubiegunowiec na świecie - dla niego niestety walka skończyła się tragicznie :( The most popular bipolar disorder person at world. Unfortunately for him this disease defeat him... :(

Ale właściwie o czym ten blog...

 

Witaj.

Jestes tutaj wnioskuję więc, że tematyka ChAD czy depresji nie jest Ci obca.

Być może Jesteś chora/chory.

Być może Masz wśród swoich blikich kogoś kto choruje - wiem to niełatwe.

Ja choruję od lat nastoletnich, chyba nie pamiętam kiedy było inaczej niz w szale sinusoidy.

Pierwsza diagnoza ok 21r.ż. - wtedy jeszcze "stany depresyjno-maniakalne" obecnie określane jako ChAD czyli Choroba Afektywna Dwubiegunowa. Blog powstał z potrzeby własnej. Jako terapia moja osobita - próba analizy swojego chorego i "porąbanego" ja. Być może i Tobie przyniesie jakąś formę pomocy, może sama świadomość, że nie Jeseś Sama/Sam wystarczy żeby poczuc choć odrobinę siły do walki o... życie...?

Ps. z gory przepraszam za błędy stylistyczne, zwykle piszę z potzreby chwili, bez planowania co mam napisać piszę bo czuję, że muszę i nie liczą sie wtedy dla mnie przecinki ą, ę i tak dalej i nie edytuje woich wpisów - są moje, są prawdziwe, są szczere...

źródło: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&ved=2ahUKEwj25_Wvno_lAhVS-aQKHTWLCVcQjRx6BAgBEAQ&url=http%3A%2F%2Fwww.psychiatria.pl%2Fartykul%2Fchoroba-afektywna-dwubiegunowa%2F931&psig=AOvVaw1cWSQ07hG-xqxNTu9vbx6T&ust=1570712545131688

Jeśli Chcesz tu zostać, zostań, podziel się swoimi przeżyciami - może w formie komentarzy... możesz wiadomości priv poprzez formularz na dole bloga :) - fajnie byłoby gdyby ten BLOG żył prawdziwie skoro ja nie mam szans...

ZAPRASZAM DO LEKTURY... Pierwsze wpisy są na samym dole ostatnie na górze, jeśli Chcesz poznać całą historię zapraszam na dół strony :

64 Nie ma tego złego...

Po raz kolejny przekonuję się, że to co złego spotyka nas w życiu z czasem przekształca się w coś bardzo dla nas pozytywnego. Od siedemnastu lat walczę z przekleństwem ChAD-u . Przez niego zmieniałam pracę częściej niż ktokolwiek kogo znam. Przez niego otworzyłam działalność z góry skazaną na porażkę zadłużając rodziców i spłacając wzięty na nią kredyt. Ciężko wymieniać wszystkie głupoty robione w hipo. Nie liczę ile pieniędzy przetraciłam w maniach. Tym bardziej nie zliczę ile dni i nocy przepłakałam w depresjach. Choć gorsze chyba były te, w których nie byłam już w stanie płakać. Poczucie pustki, całkowitej beznadziei i bezradności. Autodestrukcja lewel hard. Prawie zakończona "sukcesem" (samobójstwem). Moja walka często każe mi zastanawiać się kim właściwie jestem? Kiedy ja to na serio prawdziwa ja. Czy to co czuję teraz to faktycznie smutek - radość czy znowu głupkowaty objaw kolejen fazy choroby. Kiedy czuję na prawdę a kiedy to moja chorobowa imaginacja? Te ciągłe wątpliwości i rozmyślania targają mną pomiędzy kolejnymi nieustannie nawracającymi fazami dołów i górek. I tak rok za rokiem, miesiąc za miesiącem, dzień za dniem. Jest nas wiele.

Dziś odzyskałam poczucie sprawczości. Droga, na którą weszłam rok temu a która wówczas była ciemna, krzaczasta i kamienista dziś jakby przeszła w polną ścieżkę. Nadal jest nierówno i kamieniście. Nadal nie do końca jasno ale miejscami stoiją piękne, kwieciste drzewa a nad kwiatami i trawami łąki latają motyle - choć póki co czarnobrązowe pazie królowej. Dziś odzyskałam nadzieję. Nie na wyleczenie, o tym dawno już nawet nie marzę. Nadzieję na to, że mój demon może pomóc innym. To co złe w moim życiu, we mnie może okazać się zbawieniem dla kogoś tuż obok lub gdzies bardzo daleko. To bez znaczenia gdzie. Ważne, że może gdzieś tam jeden zdrowy zastanowi się nad tym z czym my chorzy zmagamy się codziennie. Może jakiś chory poczuje, że nie jest sam. Może ktoś kto jeszcze nie wie czy choruje czy nie poprosi o pomoc specjalistę. Dziś poczułam, że mogę coś znaczyć. Nie tylko wobec siebie. Ale, że mogę pokazać innym, że mimo choroby, traktowanej często jak ułomność mogę działać dla innych. Działać dość skutecznie. Grupa rośnie w siłę - budujemy więź. Już są zapisy na drugą grupę - prawie komplet. Blog jest co raz poczytniejszy dzięki działaniom na instagramie. Wszystko to po to, zeby zwiększać świadomość.

Taką drogę obrałam rok temu. W stanie skrajnej depresji. Dziś remisja z tendencją wzrostową. Oby jak najdłużej. Październik miesiącem ChAD. Początek listopada - pierwsza grupa wsparcia. Koniec listopada wystawa na Dworcu Centralnym Warszawa. Wspólpraca z Fundacjami "Opieka i troska" oraz "Itaka". Wywiady w radio i tv. Traktuję to jako osobisty sukces i niesamowity progres w rozwoju. Wszystkie te rzeczy wymagają ode mnie żebym co raz więcej wiedziała. Zbieram wiedzę, doświadczenia, relacje. Często szokujące. Czasem bardzo smutne, innym razem zabawne - z pozoru.

Jestem w miejscu, w którym rok temu nie śniłam by być. Nic z tego nie stałoby się gdyby nie mó ChAD. Teraz przyszło mi do głowy, że ChAD to takie moje alterego. Mój Venom. Zupełnie jak Dr Jekyll - mądry, poukładany, grzeczny i Mr. Hyde - silny, odważny i nieokiełznany. Jest moim przekleństwem i darem jednocześnie. Dziś go lubię. Przyjdzie depresja i pewnie wówczas go znienawidzę - ale pewnie na krótko.

Póki co:

NIE MA TEGO ZŁEGO CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fb-m.facebook.com%2Fslawekgora7%2F&psig=AOvVaw3LeiZK5xq3M5b5ZaFplXs_&ust=1605722587124000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCNCfrYOViu0CFQAAAAAdAAAAABAJ

63 Wrażliwcy

Kiedyś w jednym z wpisów wspomniałam, że w mojej opinii przyczyną chorób emocji czy nastroju jest nad wyraz rozbudowana wrażliwość. Niedawno preglądając Youtube trafiłam na bardzo ciekawy film "Jak osoby wysoce wrażliwe odbierają świat" mówi o tym "Człowiek absurdalny" 152tys subskrybcji. Film jest potwierdzeniem tego o czym myslałam od dawna. Wrażliwcy na co dzień walczą ze swoimi "wyczuleniami". Najczęściej chowamy je bardzo głęboko w swojej podświadomości. Tylko czasami objawiają się jako mechaniczne reakcje obronne. Ja dla przykładu nie kłóciłam się nigdy o swoje z obawy przed kłótnią i chowałam (chowam) się głęboko w sobie. Chowanie emocji jest batrdzo złe ale to mechanizm obronny wrażliwców. Chowamy je tak głęboko, że nam samym ciężko je odnazleźć. Kiedy ktoś mnie skrzywdzi szybko przerabiam temat i chowam głęboko na dnie podświadomości udając, że dałam sobie radę ogarnąć emocje. Zwykle wylewa się to ze mnie ze zwiększoną siłą jak już jest zbyt dużo a to powoduje rewolucje w moim życiu albo kłónie z bliskimi czy współpracownikami. 

Takie chowanie emocji dla wrażliwców kończy się w najlepszym wypadku rozstrojem newowym. W skranych nistety chorobami emocji, nastroju, psychiki. 

Niestety wrażliwiec nawet kiedy wie, że zaczyna się "przelewać" nad wruca wszystko w morze podświadomości nie biorąc pod uwagę siły wyporu. Jeśli juz ma postawioną diagnozę choroby związanej ze swoimi przeżyciami poprostu większa kolejne dawki leków. Czasami idzie na terapię gdzie "przepracowuje" problem. Chociaż najczęściej dokładnie wie i bez pracy z terapeutą "o co kaman" tylko boi się przyznać ponieważ wówczas musi stawić czoło swoim "demonom" i postarać się zniwelować ich przyczyny co często kończy się jeszcze większą katastrofą emocjonalną, wielkimi kłótniami i problemami w pracy, w domu, z przyjaciółmi w zależności czego owe "demony" dotyczą. 

Jeśli natomiast wrażliwiec nie uzyska pomocyna czas lub wcale...

Cóż...

"...Bo czasem lepiej odejść od zmysłów by nie zwariować..."

Źródło: YouTuBe; Człowiek Absurdalny https://yt3.ggpht.com/a/AATXAJwIkc_H7ML4SumDpzFkmkQ99uJCvABpqv0bswNxaQ=s88-c-k-c0x00ffffff-no-rj

62 Powódź

Udało się stworzyć i zrealizować kampanię informującą czym jest ChAD. Udało się rozpropagować nasze działania na obszar całej Polski i trochę za granice kraju. Wzięłam udział w wywiadach radiowych i telewizyjnym. Zrobiło się szumnie. Dostałam dziesiątki wiadomości od chorych oraz od osób z ich otoczenia. Kontunuując tą akcję po to, żeby nie zostawić tych ludzi jedynie ze świadomością czym ChAD jest tworzę wraz z Fundacją "Opieka i troska" grupę wsparcia online po to, żeby każdy z najdalszych nawet od Wrocławia miejsc mógł skożystać z magii wzajemnego zrozumienia i akceptacji. 23-29. 11 na Dworcu Centralnym w Warszawie stanie wystawa zdjęć naturalnych rozmiarów osob z doświadczeniem choroby psychicznej. Wystawa tworzona będzie przez Fundację "Itaka". Jestem jedną z fotografowanych. Jestem bardzo dumna z faktu, że w treści opisu mojego zdjęcia umieszczony będzie adres bloga. 

Wychodzi na to, że zaczyna się fajnie dziać. 

A ja wchodzę w dołek. Zacznam po raz kolejny czuć się bezsilna wobec choroby. Mimo niewielkich ale jednak moich sukcesów nadchodzi deprecha. I gdzie traz miejsce na "mądre rady" nieobeznanych "przecież Masz tak dużo", "znajdź sobie pasję to Cię wyciągnie z choroby" bla bla bla. Bzdety dla ograniczonych horyzontalnie. Nie śpię po nocach, leżę godzinami gapiąc się w sufit mimo ketrelu na noc i wdzień. Przez brak snu jestem wściekła i ta złośc tym bardziej nie pomaga mi zasnąć - zaklęty krąg. W dzień padam ze zmęczenia no i jeszcze waga. Nie podjadam. Jem zdecydowanie mniej niz jeszcze pół roku temu a waga wciąż rośnie. Czytam, dowuaduje sie i wychodzi na to, że takie działanie ma kwetiapina (u mnie Ketrel). Jak leczyć depresję kiedy wpędza Cię w nią między innymi Twój wygląd spowodowany lekami które przyjmujesz żeby leczyć depresję? To wszystko jest tak cholernie popaprane. 

Mam świadomość, że pomagam ludziom. Mam świadomość, że fajnie się dzieje i ciekawe rzeczy zrobiłam w ciągu raptem jednego roku. Mam świadomośc, że pewnie mam więcej szczęścia niż niejedna osoba. No i co mi po tej świadomości? Dołek nie zależy od niczeogo. To tak jakby powiedzieć rzece, że ludzie maja tamy, wały zabezpieczajace, worki z piaskiem. Ludzie mają domy, zwierzęta, uprawy. Skoro to wszystko co dobre mają to rzeko nie możesz wylać na pola. Nie może? może i to czasemwyniszczajaco dla wszystkiego co spotka na swojej drodze. Tak właśnie działa dołek...

Życzę więcej empatii "techinkom melioracyjnym", którzy udzielają "wspaniałych rad jak uniknąć powodzi"...

źródło: https://media.wplm.pl/thumbs/68a/NzIweDQ0Mi9jX2MvdV8xL2NjXzA4YjQ1L3AvMjAyMC8wOC8yNi85MDcvNTY0LzQ4MTFkNGJiMjA1MzRiNTliODI4OThlZTA2MDI4MTE3LmpwZWc=.jpeg

61 Wracam

Właśnie sobie uświadomiłam, że dawno już nie pisałam tak jak dawniej o życiu z tym cholerstwem. Znajoma kilka dni temu stwierdzła, że fajnie tak wywiady, rozmowy, posty w socjalmediach "aż Ci zazdroszczę, że chorujesz, ja też chcę być na coś chora i być taka "celebrytka" ". Nie polemizowałam, pożartowłam. Wiem, że z Jej strony to był również żart (z resztą bardzo się lubimy - tzn ja Ją lubię a czy ona mnie to nie wiem... :) ). W każdym razie dla kontrastu przedwczoraj pisałam z dziewczyną obciążoną tą samą chorobą co ja - ChADem. Od Niej usłyszałam (przeczytałam właściwie), że nie życzy tego przekleństwa najgorszym nawet worogom. I w 100% się z nią zgadzam. Podjęłam walkę, rzuciłam rękawicę, rozpoczęłam burzę informacyjną, zostałam konsultantem, w planach grupa wsparcia dla chorych jak ja. Zaczynałam z ogromnym zapałem a teraz jestem przerażona. Boję się, że nie dam rady. boję się, że przyjdzie dzień kiedy będę miała poprowadzić np.  rozmowę z osobami doświadczonymi ChaDem a dopadnie mnie depresja i zawiodę. Z każdym elementyem zbliżającym mnie do celu jakim jest informowanie niedoinformowanych o ChAD ja czuję coraz większy niepokój. Ten stan miesza się z radością, że "się dzieje". nawet bywa, że jestem z siebie dumna. Być może to nauralne, że człowiek boi się nowego i nieznanego gruntu. Tak staram się sobie to tłumaczyć.  Dotarły do mnie również głosy, że robię wstyd rodzinie mówiąc głośno o chorobie. Dżizas jakie to płytkie i okrutne. Moja rodzina (tak przynajmniej twierdzą) jest dumna z mojej odwagi i chęci działania i pomocy. Wczoraj rozmawiałam o tym z synami. Pytałam co oni na to wszystko czy chcieliby,  żebym "zamilkła". Usłyszałam, że stanowczo nie chca. Usłyszałam, że są ze mnie dumni. Usłyszałam wreszcie "mamuś mówiłem mojej pani, że ratujesz ludziom życie". łzy stanęły mi w oczach. Nie sądziłam, że myślą o mnie w taki sposób. Podobnie mój mąż, również wciąż powtarza, że wg niego robię rzecz bardzo ważną i potrzebną. Rodzice od kiedy zdali sobie sprawę, że to jednak poważna choroba (niestety w duzym stopniu śmiertelna) również wciąż powtarzają "działaj". Mąz wczoraj powiedział, że nawet jesli "zaniemogę" przez którąś z faz choroby to przecież obracam się wśród ludzi chorych lub pracujących z chorymi więc dla nich takie sytuacje są normalne - bardzo chcę w to wieryć ponieważ jedyne czego się boję to, że zawiodę wszystkich tych, którzy liczą na mnie i moje działania. 

   Całj sytuacji nie ułatwia kwetiapina (Kettrel), usypia mnie skutecznie a to bardzo utrudnia funkcjonowanie, chociażby dojazd do Wrocławia - prawie niemożliwy. Mimo tych wszystkich trudności, obaw, lęku że zawiodę, walki z hejterami i ludźmi mało mi przychylnymi ( na co byłam przygotowana) wciąż chcę kontynuować to co zaczęłam rok temu.

Czemu chcę? Bo warto. Bo zmienienie życia jednej osoby nie poprawi całego świata ale poprawi cały świat dla jednej osoby.

60 TV Echo24

Idąc za ciosem w związku z akcją informacyjną związaną z Październikiem jako miesiącem chorób psychicznych udzieliłam wywiadu dla telewizji Echo24 oczywiście w temacie ChAD oraz akcji "Dni Zdrowia Psychicznego" Fundacji "Opieka i Troska". Wrzucam Wam link do wywiadu:

http://www.echo24.tv/odcinek/z-choroba-psychiczna-mozna-normalnie-zyc-3427?fbclid=IwAR3mWLVqAF6ksZWvAG7LhaCs2aK5LMA1Ny9Cc83Y5Ta0sHyn9jPdAzkjMtA

 

 

Źródło: http://www.echo24.tv/odcinek/z-choroba-psychiczna-mozna-normalnie-zyc-3427?fbclid=IwAR3mWLVqAF6ksZWvAG7LhaCs2aK5LMA1Ny9Cc83Y5Ta0sHyn9jPdAzkjMtA

59 Audycja

Link do audycji radiowej :)

https://www.radiowroclaw.pl/articles/view/100519/Wieczor-z-Dolnego-Slaska-Jak-rozpoznac-ChAD?fbclid=IwAR3QAMaNRjQAoRsAWVFOriciDx396x0OCHX7RGebwvMLqW8rc_u__8mwOV0

58 Co się tutaj wyprawia... OMG :)

Równo rok temu odwiedziłam studio "Pytania na śniadanie". Po raz pierwszy powiedziałam wtedy publicznie "mam ChAD". Nie miałam wówczas pojęcia jak bardzo zmieni się moje życie. Nie wiedziałam również, że uda mi się, dzięki temu draństwu, pomóc również innym. W ciągu tego roku rozwinęłam blog, kończę książkę, nawiązałam współpracę z Fundacją Opieka i Troska z Wrocławia oraz Fundacją Itaka z Warszawy. Dziesiątki wiadomości jakie dostałam po "występie" w PnŚ były dla mnie ogromnym zaskoczeniem ale również motywacją, która towarzyszy mi do dzisiaj. Największą siłę daje mi świadomość, że udaje mi się realnie pomagać. Czasami mając niesamowicie głęboką depresję, kiedy dręczą mnie całymi dniami mysli samobójcze i nie jestem w stanie zmusić się nawet do umycia zębów - wstaję - tylko po to, żeby napisać tutaj jak się czuję. Czemu? Bo po pierwsze blog powstał jako forma terapii, początkowo dla mnie a z czasem okazało ię, że również dla innych. Po drugie po to, żeby osobom czytającym ten blog pokazać, że jeśli są w takim stanie jak ja albo w nim bywają to są inni, którzy mogą ich zrozumieć. Chcę pokazać "nie jesteś sam/a". Po trzecie często osoby chorujące na ChAD czy na depresję nie chcą z nikim rozmawiać. Boją się negatywnej oceny, wyśmiania, zaszufladkowania. Zawsze mogą zajżeć tutaj i często poczytać "jakby o sobie". Często mamy kontakt osobisty. Od roku traktuję swoją walkę z chorobą i mówienie o niej publicznie jako moją osobistą misję. Moje działania mają na celu uświadomienie chorym - nie Jesteś sam/a ale również zdrowym, że jesteśmy wokól, że jest nas dużo, że spotykaja nas na co dzień i nawet o tym nie wiedzą. To jak z Covid-em nigdy nie wiesz czyczasem nie  jesteś nosicielem ani czy osoba z która rozmawiasz nie jest. Mimo to nie psuje to relacji między ludźmi. Nadal wspólnie pracujemy, robimy zakupy, rozmawiamy. Dlaczego nie miałoby tak być z chorobami emocji? Dziś po rozmowie w Radio Wrocław nabrałam jeszcze większej siły do dalszej walki. 

Kochani, piszcie do mnie bez skrępowania. Tu, na fb czy na instagramie. Z każdą osobą chętnie porozmawiam i wymienię doświadczenia. 

Czasem wystarczy rozmowa z kimś kto rozumie...

Pozdrawiam Was ciepło.

57 Coś optymistycznego

Niedawno pisałam, że będę brała udział w tajnym projekcie. Otóż juz chyba mogę powiedzieć co to za cudo. Wraz z wrocławską fundacją 'Opieka i troska" organizujemy w miesiącu październiku webinar mówiący o ChAD. Czemu październik? Ponieważ jest to miesiąc poświęcony chorobom psychicznym. Co tydzień będzie się pojawiał kolejny odcinek mówiący o innym zagadnieniu "Pierwsza diagnoza", "Leczenie", "Rodzina", "Stygmatyzacja". Mam ogromną nadzieję na dotarcie do ogromnej liczby osb. Jak napisałam w tytule tego postu zaczęło dziać się "coś optymistycznego" a to napawa mnie nie tylko nadzieją na jutro ale pozwala odsunąć mysli samobójcze no bo przecież mam teraz tyle do zrobienia i taką wielka odpowiedzialność na sobie. Liczy na mnie wiele osób. Nie mogę się zabić. Nie mogę zawieść. Przy okazji daje mi to tak dużo satysfakcji, radości i nadziei, że byc może choć trochę uda się poprawić życie chorujących. Dla mnie to niesamowita forma terapii. Czuję, że to jest moja droga. Mój cel w życiu. To jest to co mma zostać po mnie kiedy odejdę,mam nadzieję jako staruszka. Nie wiem co będzie "jutro". Mam nadzieję, że będzie dobrze a to co teraz się dzieje daje mi wiarę, że tak właśnie będzie... Trzymaj kciuki :)

Źródło:https://i0.wp.com/cop.wloclawek.pl/wp-content/uploads/2019/03/d%C5%82o%C5%84.png?w=474&ssl=1

56 Jenny

 

"Odkąd sięgam pamięcią, zawsze było coś nie tak.

W niełasce, w ciągłym nieszczęściu los bił na oślep.

Szybko przestałam być dzieckiem. Czy choć przez chwile byłam nim?

I naprawdę nic, co ludzkie, mi obce nie jest.

Zabawne, jakie rzeczy potrafią czasem do głowy przyjść…

A ja za dużo widzę, zbyt mocno czuję.(...)

A ja wierze, że to co robię ma sens,

Bo czasem lepiej odejść od zmysłów, by nie zwariować." 

Edyta Bartosiewicz "Jenny"

 

   "(...)  A ja za dużo widzę, zbyt mocno czuję (...)" - chyba kadży z mojego rocznika zna ten kawałek na pamięć. Tylko jestem bardzo ciekawa jak wiele osób jest w stanie powiedzieć "jestem Jenny"? Ja czuję się właśnie Jenny. Nie wiem czy jest jakakolwiek postać która mogłaby lepiej zobrazować moje życie i wszystko co przez lata przeżywam. Są osoby, które uważają, że jest to piosenka o molestowanej w dzieciństwie schizofreniczce. Uważam, że to absurdalne. W moim odczuciu raczej o osobie innej niż resta, o zupełnie innej - większej wrażliwości. O osobie, która jest tak empatyczna i wrażliwa a przy tym tak bardzo zaszczuta z powodu tej wrażliwości, że ucieka w swój świat, któremu ufa i który zna. U mnie był to mój pomalowany na niebiesko pokój, kartka papieru i ołówek plus Nirvana. Uciekając od świata właśnie tak czułam się najbezpieczniej. Mówienie o swoich uczuciach - jak się przekonalam w dzieciństwie - powoduje tylko ból spowodowany niezrozumieniem. To co dla nas wrażliwców jest oczywiste dla "zwykłych" ludzi jest śmieszne i dziwne. Śmiech natomiast i drwiny innych powodują w nas tak ogromne wyniszczenie, że nie sposób odbudować strat. Można sprobować stawiać coś na zgliszczach pewności siebie ale to zawsze będzie budynek na piasku. 

W życiu dorosłym powoduje to różne skutki. Zwykle choroby natury psychicznej - to jest ucieczka "(...) bo czasem lepiej odejść od zmysłów by nie zwariować (...)". Jako osoby skrajnie wrażliwe i delikatne jednocześnie, nie radzimy sobie z otaczającym nas - w naszych oczach zimnym i okrutnym światem. 

Czasami pocieszam się myśląc, że jestem dzięki tej wrazliwości i empatii, temu "widzeniu więcej i mocniej" wyjątkowa. Ogólnie, że my chorujący na psychikę, emocje czy nastrój jesteśmy wyjatkowi, chociaż tak bardzo odrzucani od zwykłego świata. A może to jest tak, że świat odrzuca nas bo nie jest w stanie nas zrozumieć...? Boją się nas bo nie są w stanie mysleć w takich jak my kategoriach...

Nie widzą tak "szeroko"jak my... Co na to Wy - zdrowi?

"(...) Jenny, mam na imię Jenny (...)"

 

 

 

Źródło: https://www.fx4.pl/photos/99.jpg

55 Jakby było mi mało

Dopiero co pisałam o atkach paniki tuż przed zaśnięciem. Nooo to mój ChAD zrobił mi niepodziankę i teraz gnębi mnie atakami również w dzień. Od jakiegoś tygodnia nie ma dnia bez choć jednego krótkiego ataku. Bywa, że są 2,3 krótkie. Zdarza się jednak tak jak dziś, że trzyma mnie kilka godzin. Jest 22:30 a ten cholerny, paniczny strach męczy mnie od 14:00 może 15:00. Próbowałam go przespać. Nie pomogło. Wzięłam ziołówki na uspokojenie - nie pomogło. Boli mnie głowa. Mostek boli tak bardzo, że aż mi niedobrze.

Ta męczarnia powoduje, że nie chce mi się żyć. ZNOWU!!! Znów wracam do punktu sprzed roku kiedy nie było dnia bez MS-ów. Od kiedy mam ataki w dzień również MS dręczą mnie z dużo większą częstotliwością. Boję sie być sama. Nie przez MS, ale przez te cholerne ataki. Co jeśli złapie mnie gdzieś na mieście? Albo nie daj Boże (którykolwiek) za kierownicą? 

Łzy same cisną mi się do oczu ale nie mogę chodzić i ryczeć bez powodu. Tłumienie tego natomiast również pogłębia lęk, a więc pogłębiarównież zmęczenie i MSy. 

Jestem już bardzo zmeczona tą chorobą. Jestem zmęczona swoim bólem. Jestem zmęczona walką z MS-ami. Jestem w końcu zmęczona byciem ciężarem... Strach w oczach mojego męża - ta myśl, że niezależnie od mojej woli tak go krzywdzę i to okropne poczucie winy... Wiem, że to nie zależy ode mnie. Wiem, że on to wie. Mimo to ciężko żyć z taką świadomością. To wszystko nie pomaga z walce z MS-ami. 

Jedyne czego chcę to zaszyć się gdzieś głęboko, gdzieś gdzie nie ma ludzi, gdzie nie muszę udawać silnej. Gdzie mogę bezpiecznie przeczekać. 

Nie rozumiem dlaczego życie tak bardzo mnie dręczy. Musiałam być bardzo złym człowiekiem w poprzednim wcieleniu skoro tak bardzo teraz pokutuję... 

Dlaczego ja...?!

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&url=http%3A%2F%2Fwww.helptherapy.ru%2F2019%2F08%2F11%2F%25D0%25BF%25D1%2580%25D0%25B8%25D0%25BC%25D0%25B8%25D1%2580%25D0%25B5%25D0%25BD%25D0%25B8%25D0%25B5-%25D1%2581-%25D0%25BD%25D0%25B5%25D0%25B8%25D0%25B7%25D0%25B2%25D0%25B5%25D1%2581%25D1%2582%25D0%25BD%25D0%25BE%25D1%2581%25D1%2582%25D1%258C%25D1%258E-%25D0%25BA%25D0%25B0%25D0%25BA-%25D1%2581%25D0%25BF%25D1%2580%25D0%25B0%25D0%25B2%25D0%25B8%25D1%2582%25D1%258C%25D1%2581%25D1%258F-%25D1%2581-%25D0%25B1%25D0%25B5%25D1%2581%25D0%25BF%25D0%25BE%25D0%25BA%25D0%25BE%25D0%25B9%25D1%2581%25D1%2582%25D0%25B2%25D0%25BE%25D0%25BC%2F&psig=AOvVaw21nYCeZjoB410hTruFr_9Y&ust=1600287307215000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCMCm5_z86-sCFQAAAAAdAAAAABAI

54 Strach,lęk, kołatanie serca

To już będzie prawie dwa tygodnie jak zasypianie stanowi nie lada wyczyn. Każdego wieczoru serce zaczyna bić mi tak bardzo, że mąż twierdzi że trzęsie się łóżko. Niewiem ile w tym prawdy ale fakt, że wali jak oszalałe. Niepokój w głowie dodatkowonie pomaga. Ten "lęk" jest tak silny, że w efekcie stresu układ nerwowy spina się i jakby kumuluje całą swoją siłę w klatce piersiowej dając uczucie bolesnego ucisku na wysokości mostka. Ból jest tak silny, że ciężko mi oddychać. Większość nocy przesypiam może w 1/3. Zmęczenie nie pomaga w dzień. 

Nie wiem skąd nagle się to wzięło. Chociaż w zasadzie w ub. roku jesienią było podobnietylko wówczas występowało w dzień i nie było tak silne cholerstwo. Mam tylko nadzieję, że to okaże się sezonowe...

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fpieknoumyslu.com%2Fnocne-uczucie-niepokoju%2F&psig=AOvVaw2A3a5ImEeMi3VlA52auoNj&ust=1599646251352000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCIDeyuio2esCFQAAAAAdAAAAABAD

53 Statystyki plus moje obserwacje - SAMOBÓJSTWA

Liczba osób popełniających samobójstwo spada, jednak wciąż według wyliczeń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), co 40 sekund ktoś na świecie odbiera sobie życie. Zastanawiające jest, że w Polsce na 15 samobójstw, 12 to męższyźni. Po przeczytaniu statystyk WHO zaczęłam zastanawiać się dlaczego w naszym kraju jest tak, że mężczyźni częściej niż kobiety decydują się na ten krytyczny krok?

Mam na to swoją teorię czy ma sens? Nie wiem liczę, że tak. 

1. W Polsce nadal panuje stereotyp, że "faceci nie płaczą". Mężczyzna nieustannie  ma poczucie, że musi być trochę jak Robocop - twardy i silny, że nie może pozwolić sobie na słabość bo musi być wsparciem dla swojej kobiety, rodziny.  Tłumi w sobie emocje, strach, zmęczenie. Do czasu aż go to przerasta...

2. Idąc tropem podpunktu pierwszego uważam, że z powyższych powodów nie decyduje się na pomoc specjalisty. Przecież gdyby ktokolwiek się dowiedział, że ON - ten mocarz chodzi na terapię bo ma słabości, bo sobie z czymś nie radzi zniszczyłoby to jego tak perfekcyjnie dopieszczony wizerunek.

3. W odróżnieniu od kobiet, które nieustannie z przyjaciólkami omawiają swoje stany emocjonalne mężczyźni są bardzo powśągliwi w kwestii opowiadania komukolwiek o swoich uczuciach, obawach, fobiach, kompleksach. Kobieta wypłacze się przyjaciółce, mężowi, siostrze, mamie - nie obawia się pokazania słabośći bo przecież to cecha kobiety, w końcu to "slaba płeć". Kobieta więc wyrzuca z siebie wyniszczajace emocje a w mężczyźnie narastają. 

4. Każdy chyba słyszał o tym, że jak mężczyzna nie może czegoś w domu znaleźć wołażonę. Kto zwykle wie jaki syrop dziecku podać i jak ugotować jego ulubioną zupkę z odpowiednim makaronem w cyferki? Kto jak nie mama wie która koszulka jest tą ulubioną jej dziecka? Kobieta skupia się na detalach mężczyzna natomiast na zabezpieczeniu rodziny i tonie tylko w sferze finansowej ale ogolnie bezpieczeństwa szeroko rozumianego. Tu również widzę przyczynę częstrzych samobójstw wśrod mężczyzn. Kobieta ma poczucie, że bez niej wszystko się zawali, wie, że jej dziecko nie dostanie ukochanych cyferek w zupce bo tata nie przywiązuje dwago do takich rzeczy, co wynika z jego natury. Kobieta wie, że jej mężczyzna nie znajdzie ulubionej pary skarpetek albo nie znajdzie cukru stojącego na środku półki póki ona mu go nie poda.  Mężczyzna natomiast często tuż przed krokiem ostatecznym ogarnia sprawy finansowe, ubezpiecznie, spadek, ochrone domu itp.. Wydaje mu się, że zdołał zabezpieczyc rodzinę w zakreie swojej przypisanej społecznie roli a w stanie krytycznym uważa, że to wystarczy by byli sczęśliwi.

Drogie Panie obserwujmy swoich mężczyzn. Często dają nam sygnały, których nie rozumiemy albo które mylnie odczytujemy jako niechęć do nas a to może być bardzo głęboka depresja. On nam o niej sam nie powie.

Panowie łzy to nie wstyd. dzisiejszy świat jest równie stresujacy dla kobiet jak i mężczyzn. Macie prawo mieć dość i chcieć odpocząć. Macie prawo popłakaćkiedy Wam źle. Macie prawo pokazać słabość - to jest nie tylko ludzkie ale i męskie. Kobiety lubią wiedzieć, że ten ich twardy facet jest równie mocny jak wrażliwy. uwierz mi mężczyzno, że Twoja kobieta pomoże Ci przetrwać każdą burze - jeśli to ta właściwa - ale tak jest również w drugą stronę z tym, ze to już temat na osobny wpis...

52 Szok

Dziś weszłam po raz pierwszy od dawna w statystyki mojej strony. Kochani jestem absolutnie zszokowana Waszą reakcją na fragment mojej książki. Dziś wzruszyłam się bardzo. Jeszcze kilka dni temu w tym wczoraj uważałam, że jestem beznadziejna. Bo co ja mogę wnieść dla świata? Bezrobotna, chora, manager domu z resztą dość nieudolny. Wczoraj pokazaliście mi, że nie jestem aż tak bardzo niepotrzebna. Miłe słowa jakie dostałam w odzewie na post z ksiązką przerosła moje oczekiwania. Wiadomości na fb i insta plus komentarze... siedzę i łzy lecą mi po policzku. Dodaliście mi skrzydeł do dalszej pracy nad książką oraz kontynuowania "blogerki". Cieszę się, że jestem w stanie pomóc dzieląc się swooimi przeżyciami i mam ogromną nadzieję, że uda mi się zapoczątkować poruszenie wsrod chorych i zdrowych, że przestaniemy się wstydzić tego jacy jestesmy bo jest nas zbyt wiele, żeby się ukrywać. Cóż do roboty... :)

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fwww.kartki.pl%2Fpl%2FshowCard%2Fbardzo-ci-dziekuje-0&psig=AOvVaw1fH7FJ1fHidKgQtoizs8M_&ust=1598434995570000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCMDX3beJtusCFQAAAAAdAAAAABAQ

52 Książka

Wspomniałam jakiś czas temu, że zaczęłam pracę nad książką omojej walce z ChAD. Dziś chciałabym Tobie jako czytelikowi mojego bloga pokazać jej fragment, właściwie wstęp. Opinie mile widziane:

 

      "W zeszłym roku dokładnie w dniu 12 maja siedziałam zwinięta w kulkę na podłodze mojej kuchni nie mogąc powstrzymać łez. Płakałam tak rzewnie, że gdyby moje łzy wlać do wiadra pewnie bym je wypełniła. Żal, złość, poczucie beznadziei, wstyd, smutek zarówno z powodu życia z chorobą jak i chęci skończenia tej udręki, myśl, że nigdy już nie przytulę męża, dzieci a jednocześnie wewnętrzna chęć nieistnienia targały mną na przemian przez kilka godzin. Wokół biegał mój wówczas półtoraroczny, najmłodszy synek. Mąż trafił do szpitala byłam więc praktycznie sama. W poczuciu całkowitej beznadziei, absolutnej „niepotrzebności” w pełnym przekonaniu o bezwartościowości mojej osoby pragnęłam jedynie umrzeć. Plan był absurdalnie prosty. Tabletki antydepresyjne plus morze alkoholu a kiedy już nadejdzie upojenie a z nim znieczulenie – po prostu klasyczne podcięcie żył. Plan w moich oczach doskonały. Starsi synowie maja tatę, który kochając ich ponad wszystko zaopiekuje się nimi jak trzeba. Ja przecież – w moim mniemaniu – jestem dla nich jedynie problem. Najmłodszym zaopiekuje się mój mąż i jego rodzice, którzy kochają go ponad wszystko na świecie a więc mogę być absolutnie spokojna. Nie wymyśliłam jedynie kto zaopiekuje się moim mężem, któremu wiem, że z rozpaczy serce rozpadnie się na milion niemożliwych do poskładania części? Kto pomoże rodzicom i przyjaciółkom? Wtedy w dość prosty sposób uznałam, że są dorośli i pogodzą się z moją śmiercią prędzej czy poźniej. Ba nawet uznałam, że im ulży - w końcu po co im taki ciężar, któremu nieustannie trzeba pomagać i wspierać, trwać na posterunku. Poczucie bycia ciężarem to okropna rzecz. Kochasz a więc chcesz dla bliskich jak najlepiej a mając „upośledzone zdolności poznawcze” uznajesz, że jedyną przeszkodą w szczęściu bliskich jesteś Ty. Z małych głośniczków telefonu nieśmiało słychać „I surrender” Celine Dion. Podjęłam decyzję. Nie chcę dłużej męczyć się z chorobą, z samą sobą, z dziwadłem jakim jestem. Wstaję. Twarz opuchnięta od płaczu do granic wytrzymałości. Nie widzę już nic prócz mojego celu – chcę umrzeć. Mąż od kilku dni przebywa w szpitalu na planowanym zabiegu więc mi nie przeszkodzi. Ogarnia mnie płacz ogromnej rozpaczy na myśl, że moi starsi synowie – moje przystojniaki będą okrutnie cierpieć po stracie mamy. Najstarszy – pewnie będzie chciał być twardy i odpowiadać za młodszych a w środku skruszyłby się na tysiąc kawałków. Średni, który tak bardzo uwielbia przytulać się do mnie dziesiątki razy dziennie i nieustannie powtarza „kocham Cię mamuś”. I mój maleńki synek o wyglądzie amorka nie będzie nawet pamiętał, że istniałam – zapomni. Mimo to uznaję, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Resztkami sił ubieram i pakuję synka, chcę go zawieźć do babci – tam zaczeka bezpieczny i szczęśliwy na powrót tatusia. Na miejscu, u teściów ustalam, że maleńki zostanie na trochę bo muszę coś załatwić – babcia jak zawsze przeszczęśliwa, że będzie miała swój skarb na trochę. Kiedy odwracam się do wyjścia jakaś siła, ostatnie koło ratunkowe w głowie każe mi zawrócić: „Mamo, jestem na granicy samobójstwa, nie chcę być sama, boję się być sama bo nie dożyję jutra. Mogę zostać tutaj na troszkę?”. Jest chyba wtorek. W każdym razie środek tygodnia. "Panie Prezesie dziś mnie nie będzie" – rzucam w stronę bezpośredniego przełożonego. Nie chce mi się siedzieć w pracy to nudne – sprawy firmy zaczekają bo ja jadę na zakupy za resztki pensji. Kroczę dumnie przez parking galerii handlowej. Faktycznie nieperfekcyjna (tacy nie istnieją) ale we własnych oczach jakże wspaniała – współczesne wcielenie Afrodyty. Równym, pewnym krokiem prawie jak na Paryskim wybiegu. Wściekle czerwone włosy falują z rytmem mojego ciała. Pewność własnego sexapealu, przekonanie o perfekcyjności sylwetki, skrajne przekonanie o własnej wartości, mądrości, elokwencji i kreatywności biją ode mnie na kilometr. To powód dla którego nie ma w galerii mężczyzny, który by się za mną nie obejrzał – ta pewność siebie jest sexy. Wiem to. Widzę to. Strasznie mnie to bawi i kręci jednocześnie. Wracając na parking - obładowana torbami z rzeczami, którymi rodziny nie wykarmię aleza to będę super wygladać - kroczę wśród aut jak żeńska wersja białego pawia. W pewnym momencie na ułamek sekundy zerkam w oczy kierowcy przejeżdżającego auta. Z tą absolutną pewnością swojej wspaniałości. Chwilkę później słyszę lekki huk… Pan, z którym spotkałam się wzrokiem tak zapatrzył się na mnie, że uderzył w inne auto. „Cóż” – myślę, trzeba się było nie gapić. W środku czuję jak rosnę jeszcze bardziej. W końcu ile Znasz kobiet, które samym tylko spojrzeniem wywołują kraksy samochodowe? W drodze powrotnej muzyka prawie na full. Okna otwarte. Ścigam się z autami, wąchają smrody. Nic nie jest w stanie wybić mnie z pędu. Adrenalina nakręca mnie jeszcze bardziej kiedy prędkośc zarzuca mi auto na zakrętach, przelatuję przez tory 90km/h wyskakując i wpadając w niewielki poślizg. Czuję, że żyję. Maniakalny szał.

Dziś tak, jutro tak. Co będzie jutro? Za tydzień? Za miesiąc? Może znów myśli samobójcze a może jednak maniakalne szaleństwa. Tak wygląda ChAD – Choroba Afektywna Dwubiegunowa, popularnie zwana „dwubiegunówką”. Żyję z nią od lat nastoletnich a ta książka powie Ci jak to jest… "

fragm. książki "Czadowa Chadowa" mojego autorstwa.

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fmarcinkaminski.pl%2F5-ksiazek-ktore-zmienily-moje-podejscie-do-zycia%2F&psig=AOvVaw3_GkETfm-w7ZIm1px4OYex&ust=1598371146500000&source=images&cd=vfe&ved=0CAIQjRxqFwoTCPDbq9yatOsCFQAAAAAdAAAAABAJ

51 Zapraszam na insta

Dziś odważyłam się powiedzieć głośno i wyraźnie na forum publicznym co myślę o ukrywaniu swoich chorób. Zapraszam Cię gorącodo obejrzenia filmu na moim instagramie, tutaj niestety ograniczono mi wrzucami filmów.

Link poniżej;

https://www.instagram.com/tv/CEAMSFIJxhn/?igshid=1vosoy61lmn1b

moje konto na instagramie:  elijakja_lovetomakemakup

Źródło: https://www.google.com/imgres?imgurl=https%3A%2F%2Frootblog.pl%2Fwp-content%2Fuploads%2F2019%2F10%2Finstagram-dark-mode.png&imgrefurl=https%3A%2F%2Frootblog.pl%2Fciemny-motyw-zawital-takze-w-instgramie-niestety-ale-nie-u-wszystkich-uzytkownikow%2F&tbnid=i5bMKw4XkKjYAM&vet=12ahUKEwjajNqIk6PrAhXBwKQKHQixBWYQMygGegUIARC7AQ..i&docid=H-dPeK5fcBGP0M&w=1600&h=900&q=instagram&ved=2ahUKEwjajNqIk6PrAhXBwKQKHQixBWYQMygGegUIARC7AQ

50 pięćdziesiąt

Nie wiem jak to siestało ale to juz pięćdziesiąty wpis na moim blugu. W przeciągu niespełna roku dokonałam 50 wpisów. Cięzko mi ocenić czy to mało czy dużo. Nieustanie wydawało mi się przez ten czas, żestanowczo zbyt mało.Okazuje się, że staytystycznie nie jest źle. 

Nie myślalamnigdy o tym, żeby pisać "pod publiczke". Zawsze, absolutnie zawsze piszę wtedy kiedy czuję, że powinnam, że chcę, że porzebuję. Nie wyobrażam sobie żeby ten blog powstawał po to, żeby było steki cztelników. On jest po to, żebyście Kochani mogli znaleźć w nim cząstkę siebie lub kogoś Wam bliskiego.  Piszę wówczas, kiedy mam serio cos do powiedzenia, nie przez to, że minęło 5 dni a ja nic nie napisalam i wypada napisać. Dupa tam. Często bywa, że nie ma weny by pisać. Bywa, że nie mam siły lub sposobności. Mimo wszystko bardzo chcę, żeby wciąż powstawał. Dla mnie to niesamowia forma psychoterapii. 

 

Źródło: https://www.google.com/imgres?imgurl=https%3A%2F%2Fpreviews.123rf.com%2Fimages%2Fwetzkaz%2Fwetzkaz1705%2Fwetzkaz170500113%2F78440034-50-golden-number-isolated-3d-rendering.jpg&imgrefurl=https%3A%2F%2Fwww.123rf.com%2Fphoto_78440034_50-golden-number-isolated-3d-rendering.html&tbnid=_JUwF-VJggSqzM&vet=12ahUKEwiYtK7fkaPrAhUUO-wKHdLtDQAQMygHegUIARCdAQ..i&docid=Ug43qouGvblSmM&w=1300&h=949&q=50&ved=2ahUKEwiYtK7fkaPrAhUUO-wKHdLtDQAQMygHegUIARCdAQ

49 Znani z ChAD

"Pomijając wystawne gale i urlopy w egzotycznych miejscach globu, gwiazdy show biznesu częściej niż ktokolwiek inny wystawiane są na stres. Większość z nich swoją pracę opłaca mniej lub bardziej groźnymi załamaniami nerwowymi. Często początkowo niegroźne stadium stresu może przerodzić się w chorobę maniakalno-depresyjną. Zobaczcie, kto na nią cierpi."

To cytat ze znanego portalu plotkarskiego pudelek.pl

link:

https://www.pudelek.pl/artykul/63477/slawne_osoby_z_choroba_maniakalnodepresyjna_zdjecia/foto_1

Sporo znanych gwiazd showbiznesu choruje lub chorowało na ChAD i popełniło samobójstwo. Kiedyś zastanawiałam sie jak to możliwe, że wśród nich jest tak duży odsetek chorych skoro  występowanie choroby afektywnej dwubiegunowej typu I i II to około 2% ludności. W moim odczuciu cały widz leży w manii. Mańka jest stanem nie tylko absolutnej euforii ale niesamowitej pewności siebie graniczacej z samouwielbieniem. W manii nie ma rzeczy niemożliwych. Jak sobie wymyslę, że od jutra będę gwiazdą Hollywood to do jasnej cholery będę - pod warunkiem, że mnie depresja nie dorwie w między czasie. Wkażdym razie zwyczajny człowiek chorujący na ChAD i będący w stanie euforycznym na dodatek majacy jakąkolwiek możliwość wzięcia udziału np w castingu do superprodukcji na skalę światową kupi wszystkich. Absolutnie przekona każdego, że to ona jest jedynym idealnym kandydatem bo emanuje pewnością siebie, sexapealem, błyskotliwością, nadludzką atrakcyjnością, przebojowością - bo ta wynika z jego stanu psychicznego wtym momencie. Jak mawiała Marylin Monroe "pewność siebie jest sexy". To taka moja teoria skąd tylu znanych ludzi choruje na ChAD. Bo nie zachorowali będąc sławnymi - stali się sławni dzięki chorobie. 

Jak napisałam to taka moja osobista teoria. Nie zmienia jednak faktu, że lista jest imponująca:

 

 

Catherine Zeta-Jones

Britney Spears

Ben Stiller

Axl Rose

Amy Winehouse

Linda Hamilton

Kurt Kobain

Jimmi Hendrix

Robert Downey Jr.

Marilyn Monroe

Ozzy Osbourn

Sinead O'Connor

Vivien Leigh

Robert Patinson

Sting

48 Nowy początek

Za mną, jak już pisałam, praca.

Przede mną nowe wyzwania.

Niedawno w skutek podjęcia przeze mnie rozmowy z Fundacją Itaka dostałam propozycję by wziąć udział w wystawie o temacie walki z depresją i chad. Wystawa będzie umieszczona późną jesienią na Dworcu Centralnym w Warszawie. Co zaskakujace w związku z ta akcją i ponieważ nie mam problemu z pokazaniem twarzy otrzymałam propozycję by mój wizerunek pojawił się na bilboardach promujących ową wystawę. Jestem zszokowana obrotem sprawy ale bardzo miłe to zaskoczenie.

Wyglada na to, że być może prawdą jest, że gdzie coś się kończy coś się zaczyna. Jestem ogromnie ciekawa jak rozwinie się ta cała współpraca.

Póki co whania nastroju coraz częstrze. Dopiero co skraj manii a teraz znów lecę w dół. Wystarczy mała rzecz, która może zachwiać poczuciem własnej wartości albo poczuciem bezpieczeństwa i wszystko się sypie. To jakby dom stał z pozoru stabilnie na kurzej nózce, wystarczy, że mocniej zawieje wiatr i dom zaczyna się chwiać. Tak jest ze mną. Czuję, że idzie dołek. Ale póki co jest jeszcze na tyle płytko, że jest szansa się wygrzebac. Oby tylko dno nie okazało się ponownie wciągającym bagnem.

Podsyłam link do fundacji Itaka

http://www.itaka.org.pl/dzialalnosc/kampanie-spoleczne/stop-depresji/

Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/67/Dworzec_Centralny_w_Warszawie_radek_kolakowski.jpg

47 No i po pracy

Stało się to czego najbardziej się obawiałam. Choroba nie pozwala mi dłużej pracować zawodowo. Ludzie powiedzą, że przeciez nie jestem chora. Nie mam żadnych objawów. No to przecież nie jest grypa!!! Czemu zdrowi uważają, że choroby emocji muszą mieć jakieś konkretne objawy? Jakie to niby miały by obajwy być? Kaszel? Omdlenia? Gorączka? Nie bardzo rozumiem ten zarzut.

Czy nie sa objawami brak sił do choćby umycia zębów rano, brak chęci do życia, poczucie beznadzei, brak celu, poczucia obowiązku wynikajacego z bezsilności, brak wiary w jakiekolwiek własne siły, poczucie brzydactwa i bezwartościowości, lęki wewnętrzne ?

Czy to na serio mało?

Niedawno usłyszałam "Elka ty poprostu walcz, przeciez jestes szefem swojej głowy" i tu mamy sedno. ZDROWY JEST SZEFEM SWOJEJ GŁOWY - CHORY NIE.

Nasze stany od nas nie zależą. To tak jkaby uważano, że przyjemnośc sprawia mi codzienna walka z chęcią śmierci... Fajnie jest jak dzieci, mąż patrzą na mnie zapłakaną bez powodu i załamaną swoim jestestwem?

No bez jaj.

Przyszedł czas kiedy byłam na dłuższym zwolnieniu i okazało się, że jest znaczna poprawa. Zapadła więc decyzja, że ważniejsze jest moje zdrowie i życie.

Teraz kiedy zrezygnowałam z pracy zawodowej, kończę ostatnie projekty i rozliczam ostatnie fkatury klientów serce płacze bo pokochałam to miejsce i Tych Ludzi. Mimo to Chcę zyc i muszę o to życie walczyć.

Piszę książkę, być może uda się ją kiedyś wydać. W planach mam kilka projektów związanych z ChAD i depresją - współpracę z dwiema fundacjami, być może poprowadzę grupę wsparcia dla osób z podobnymi problemami. Wyjdzie w praniu.

Trzymaj kciuki, ja trzymam za Ciebie :)

Źródło: https://singularityhub.com/wp-content/uploads/2017/11/longevity-happy-woman-standing-hands-on-long-road-138231164-1068x601.jpg

46 Nowa ja

Wiem, wiem 

dawno mnie mu nie było. Pamiętam jak pisałam kiedyś, że Polacy to taki dziwny naród, który mówio sobie tylko kiedy jest źle. Wygląda na to, że jestem prawdziwą z krwi i kości Polką.

Bardzo Cię przepraszam, że nie pisałam od tak dawna. Tak dziwinie dużo  i mało jednocześnie działo się wokół mnie i u mnie, że sama chyba nie wiedziałam o czym napiać. 

W dobie wszechobecnego koronawirusa (i nie mam tu na myśli jego rozprzestrzeniania a raczej wpływ jego bardziej lub mniej wątpliwej obecności na społeczeństwo), ogromu wiadomości zasypujących nas z każdej strony i niepewności mieszanej ze strachem mnie dopadła mańka. Nawet chyba jedynie hipomania, nic wielkiego. Jak ja dziś za tę twarz manii dziękuje. Ta łagodna jej wersja jest "dziś' tak bardzo zbawienna.Bardzo martwię sie jak sie Czujesz. dookoła słyszę, że kwarantanna, strach, niepewność mają bardzo negatywny wpływ na nas - chorych na dziwne nastroje, chorych na wadliwą psychikę. Ja o dziwo odnajduję się w tym świetnie, nawet maseczka wydaje mi się takim sexy dodatkiem do codziennego outfitu. Odrobina tajemniczości... 

Ja w całj tej sytuacji rozpoczęłam nauke języka włoskiego po angielsku.  Tak.

Postanowiłam, że nauczę sie choc podstaw. Za jakiś czas wraz z mężem (bo na taką podróż z dziećmi jestesmy zbyt "zieloni") poadę w podroż do Toskanii bez all inclusive, polece samolotem do Włoch a tam autobusami, stopem, rowerem jakkolwiek. Chcę spać w małej agroturystyce, jeśćz włochami w ich ulubionych knajpkach z lokalnym jedzeniem -nie w restauracjach dla turystów. Chce poznać Włochy takimi, jakie są dla Włochów. Zacznę od toskanii - krainy winorośli,win i przepysznego jedzenia. mam profil na stronie z nauka Włoskiego, kilka subskrybcji na youtube, słucham włoskiej muzyki z tekstem oraz nocnych nagrań z nauką słówek w słuchawkach kiedy śpię. Trudny to język gramatycznie ale jakże dźwięczny...

Piszę o tym a w tle śpiewa mi Andrea Bocelli. Uwielbiam.

Dam znać jak idzie mi nauka i mam wielką nazieję, że nie zaniecham jej w czasie depresji. napisz mi jak się trzymasz. W wiadomości, w komenarzu, na FB czy Insta. 

Trzymaj się ciepło i zdrowo.

Źródło: https://as1.ftcdn.net/jpg/00/80/06/10/500_F_80061017_p7JJp2OJC68NUY81hOk9oMb4B5jC8Rjo.jpg

45 Zakryć siebie...?

Nie pisałam Ci jeszcze o mojej "małej" zajawce. Od ośmiu lat jestem absolutnym fanem tatuaży. Nie każdy podziela moją pasję ale szczerze mówiąc jakoś z wiekiem coraz mniej mnie to obchodzi.  Pomagaja mi na deresję, a w manii czuję się z nowym tatoo jak absolutna hipernova.

Zastanawiałam się kiedyś czy to nie jest czasem tak, że tatuaże odwracaja uwage od prawdziwych nas. Zaczynam mysleć z bolesną szczerością wobec siebie, że w moim przypadku chyba tak trochę jest. Choć zależy to od sytuacji czasem zasłania a czasem służy jako powód do przechwałek.

W dołku jak robię tatuaż to zwykle z dwóch powodów po pierwsze bardzo poprawia mi to nastrój na dłuższy czas a po drugie odwraca uwage od smutku malujacego się na mojej twarzy jest świetnym tematem na "co słychac".

W manii znowu po zrobieniu kolejnego tatuażu czuję się jak sexy petarda - niesamowita i silna. Tatuaż wtedy jest świetnym powodem do eksponowania swojej atrakcyjności oraz opowiadania jak to go wybrałam, gdzie robiłam itp. czyli to co maniakalne tygryski lubią najbardziej - można legalnie być w centrum uwagi. No a dodatkowo "hellołłł zajebisty tatuaż na wspaniałym ciele... Może być coś lepszego...?" - tak myśli mańka.  

Tak czy tak czemukolwiek by ta forma sztuki nie służyła dla mnie jest absolutnym numerem jeden. Bronia i tarczą w jednym.

Źródło: https://d3ru0mmgfaaf43.cloudfront.net/Custom/Content/Products/23/76/237683_poster-i-love-my-tattoos_m1_637025098148449564.jpg

44 Zmiana...

No ok, trochę Cię pewnie wystraszyłam.Przepraszam. Objawy wskazujące w ogromnym stopniu na zmiany notworowe o obrębie jelita były dla mnie okrutnie stresujące. Na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny... :)

Nooo i jak juz mi ulżyło tomozna "popuścić lejce". 

Zaczynajac przygodę z blogiem postanowiłam pisać go głównie dla siebie. Dla analizy swojej choroby. Kiedy zaczynałam we wrzesniu 2019 byłam w stanie głębokiej depresji. Długo walczyłam o to żeby radzić sobie bez leków. Kiedy pojawiło się zagrożenie życia w postaci mysli samobójczych - wróciłam do farmakologii. Ku mojemu zaskoczeniu zaczęło się robić coraz lepiej. Poczatkowo były to góry i doliny. Walka z ogromną potrzebą snu. Walka z  brakiem  skupienia i koncentracji. Walka z sajdami w postaci nudności, zawrotów głowy oraz lęków. Wahania nastroju zmieniające się po kilka razy dziennie. 

Szczerze...?

Marzę o manii. Nie pamiętam juz prawie jak to jest czuć się ze sobą absolutnie wspaniale. Emanować kreatywnością. Mieć na wszystko siłę, energię i czas...  powodować stłuczki samochodowe i wywrotki rowerzystów (heheeh tak bywało... ). Tak cudownie byłoby odetchnąć troszkę w tym wspaniałym euforycznym stanie... Dziś już mąż stwierdził, że mowa przyspieszyła a i ja zauważam w pracy, że więcej mogę :) ale w tej chorobie chyba lepiej być stabilną. Stan euforii mimo swojej wspaniałości zwykle kończy się bolesnym upadkiem.

Ps. Oglądałaś/eś taką bajkę "W głowie się nie mieści..." ? Polecam Radość i Smutek to jak mania i depresja . One tam muszą współpracować dla dobra "JEJ" zupelnie jak w chAD 

Źródło: https://i.ytimg.com/vi/LnlCEfXQo9Y/maxresdefault.jpg

43 Strach

Jeszcze dwa,trzy miesiące temu było mnóstwo momentów, w których przeważało pragnienie śmierci, zniknięcia, bycia niewidoczną... 

Dziś boję się, że nie przeżyję kolejnych pięciu lat. Nie jest to jeszcze panika ale zwyczajny ludzki lęk przed nieznanym. Być może mój strach jest na wyrost, być może nie choruję tak poważnie jak mogłoby to wyglądać mimo to nachodzą mnie yśli, że może mnie zabraknąć.

O ironio, tak jak niedawno myśl o pragnieniu śmierci towarzyszyła mi każdego dnia tak dziś boję się, że mogłoby mnie zwyczajnie nie być. Bawię się z dziećmi, cieszę się ich uśmiechem a w duszy myślę, czy i jak będą mnie pamiętać. Oglądam film z mężem i czasem myślę, że być może niedługo będzie spędzał czas z kimś innym. Wszystko wyjaśni się jutro, póki co moje myśli zaprząta strach. Zabieram się za pierwszy i ostatni dziś posiłek, do jutra do godziny 14:00 nie wolno mi jeść. Generalnie nie jest to duży problem bo mój apetyt jest wielkości pchły. 

Pewnie jutro będę się z tego strachu śmiać ale póki co płaczę w poduszkę. 

Trzymaj kciuki za jutro proszę mimo wszystko fajnie byłoby jeszcze pożyć...

Źódło: https://thinkdivinely.com/wp-content/uploads/2015/02/illustration-of-fear.jpg

42 MS

Sporo się działo u mnie ostatnimi czasy i nadal się dzieje. Robię badania pod kątem choroby fyzycznej ale nie chcę tu dzielic się szczegółami, może kiedyś przyjdzie taki moment. W każdym razie ogromnie się stresuję, w domu, w pracy róznie bywa jak u każdego choć mam wrażenie, że w ogólnym rozrachunku - na plus. Dzięki zwiększeniu dawki antydepresanta bardzo dawno nie dopadły mnie mysli samobójcze i to jest dla mnie bardzo bardzo ważne. Daje mi to nadzieję, że moje starania nie poszły na marne, że może nie jestem beznadziejnym przypadkiem... to fajne uczucie wstać rano i pomyśleć "fajnie, że jest kolejny dzień". Oby trwało to jak najdałużej. 

41 Ferie

Minął pierwszy tydzień ferii zimowych. W tym czasie udało mi się zorganizować 3 dni urlopu żeby móc spędić trochę fajnego czasu z dzieciakami. No i udało ssie, dzieki uprzejmości znajomych udało nam się cala piatką wyskoczyć w pobliskie góry. Co ostatnio dziwne zimą udało się nawet spotkać snieg, ba mało tego udało się pojeździć mąż na snowboardzie a my na sankach. Swoja drogą namówił mnie na próbę zjazdu na desce... Hmmm... Podobno mam telent :)

Te kilka dni pozwoliło mi bardzo przewietrzyć głowę. Tylko 3 dni a baterie naładowane. Widok spadających za oknem tarasu płatków śniegu, cipeła kawa i spokój... Takich chwil życzę sobie jak najczęściej. 

Teraz kilka dn bez starszych dzieci - ferie z tatą. Z jednaj strony fajnie bo odetchnę od tej części codziennych obowiązków ale jednak w domu pustawo... Zamierzam jednak wykorzystać ten czas na popołudniowy relaks. Może jak malutki pójdzie spać wieczorem uda się złapać kawałek książki mojej przyjaciółki (swoją drogą jest świetna - mam nadzieję, że niedługo znajdziesz ją na półkach księgarni) i odrobinę zapomnienia o codzienności. Przyszedł więc czas upragnionego wypoczynku, nie jest to w prawdzie taka skala o jakiej marzę ale choć część to już bardzo dużo...

Ps. nadal morsuję :)

40 Miłe uczucie

Najciekawsze, że jak jest mega źle to zawsze jest co napisać. Mozna sie wtedy wyżalić, wygadać na forum nawet i poczuć się lepiej choć na chwilę. 

A kiedy jest lepiej...?

No właśnie, uświadomiłam sobie, że kiedy jest lepiej piszę jakby mniej. Nie wiem z czego to wynika. Może z tego, że wtedy staram się nadrobić wszystko czego nie ogarniałam będąc w dołku...? A może dla tego, że polacy to taki naród, który lubi narzekać...

mm znajomego, który na pytanie "co słychać?" za wsze odpowiada "a dziękuję, pasmo nieustajacych sukcesów..." i jakkolwiek wyniosle to brzmi - podoba mi się to. Po co opowiadać wszem i wobec o swoich osoabistych, domowych czy zawodowych problemach? Ludzie maja to głęboko gdzieś, pytają "co słychać" z grzeczności. Wyglada to jakby teraz zaprzeczała samej sobie - bo przecież ja tu się wciąż żalę. Tylko ja tu nie tyle wylewam smutki czy opowiastki i relacjach w domu czy pracy ile opowiadam o trudach życia a chorobą a to wydaje mi się zasadniczą róznicą.

Jesli bywasz tutaj i czytasz moje wpisy to widzisz, że piszę o swoich emocjach, reakcjach na trudne sytuacje ale nie wnikam w detale. Nie opowiadam skąd stres czy nerwy. Bo nie po to jest ten blog w końcu. Co cię obchodzi czy cos źle mi wyszło w pracy, czy dziecko wylało mleko czy może pokłóciłam się z mężem...? ważne są rzeczy które możemy współodczówać. One dają nam poczucie, że nie jestesmy samotni w walce z chorobą. 

W poniedziałek wybieram się na bardzo dla mnie ważną rozmowę. Być może dzięki niej marzenia o możliwości bezpośredniej pomocy osobom dotkniętym ChAD, lękami czy depresą wydają się nader realne. 

Póki co uśmiecham się. Mimo przeciwności losu, śpiewam i szczerze się uśmiecham a to wspaniałe uczucie. Ten czas remisji jest takim oddechem, powiewem świerzego powietrza. Jak otwarcie okna zimą - nagle w nawet najbardziej "zatęchłym" pokoju robi się świerzo :)

Nie wiem czy pójdę w MAŃKĘ, bardzo bym chciała choć na trochę ale póki co...

MIŁO JEST SZCZERZE SIĘ UŚMIECHAĆ...

Źródło: https://i2.wp.com/yesyoucanspray.com/wp-content/uploads/2017/10/sourire.jpg?fit=980%2C380

39 Tęskniąc za Harley Quinn...

Nie odkrywam Ameryki zapewne...

Od dawna wiadomo, że stres jest jedną, z przyczyn powstawania depresji myślę, że stąd właśnie przebieg mojego ChADu stał się od dłuższego czasu jednobiegunowy. Chociaż czasami zastanawiam się czy to czasami nie jest tak, że ja sobie manię podświadomie blokuję - taki trochę instynkt samozachowawczy na zasadzie "musisz trwać na posterunku - nie szalej". Tylko czy taki "kaganiec" jest możliwy w chorobie psychicznej? Nie dowiadywałam się w sumie, nie weryfikowałam tego z wiadomościami u "wujka googla" natomiast widzę to analizując swoje zachowania.

Czasami mam wrażenie, że nie pozwalam się mańce wyzwolić zwyczajnie. Odczuwam przypływ energii, wzmożoną chęć tracenia kasiory, większą chęć wypadów towarzyskich czy podwyższone libido. Mimo tych odczuć nie szaleję. 

Z opowiadań mojego męża wynika, że w manii czasami miałam taki szał w oczach, że się mnie bał . 🤭Z tego co pamiętam to ogień w oczach ( i lędźwiach 🤪 ) był jebitny. Podobno byłam jak Harley Quinn hehe. Aż takiego stanu nie pamiętam u siebie w ostanich latach. I tak sobie myslę, że być może nauczyłam się nad nim panować a teraz nie pozwalam mu się wydostać mimo, że ogromnie za nim tęsknię.  

Aaale na ten moment ważne jest, że mimo trudności w życiu codziennym depresja odchodzi powoli w zapomnienie.  Mam nadzieję, że tym razem na dłużej. No i mam też nadzieję, że choć na trochę wróci moja wytęskniona mańka...

 

38 Niechciej...

No własnie taki wredny mały niechciej. Od kilku dni zamierzam się z napisaniem kilku zdań tutaj ale dopadł mnie ten mały skurczybyk. Pewnie przez to, że tak intensywnie się zmienia wszystko ostatnimi dniami, że sama nie nadążam. Zwiększyłam dawkę antydepresanta i zobaczę co się stanie. Generalnie łatwo nie jest. Zaczyna się brak koncentracji uwagi, roztrzepanie i znów nieogar. To jest właśnie klasyk w ChAD czy masz górę czy masz dół i tak zawsze nieogar. Niby pierdoły typu, zapomnialam karty na zakupy zabrać. tylko jak takich pierdół w ciągu dnia uzbiera się kilka albo czasem kilkanaście to ryje psychikę. Czujesz się jak debil. 

Mimo tego robię co mogę żeby funkcjonować jak człowiek. Rozpoczęłam handel internetowy - no to jest wysiłek czasem ponad miarę ale staram się zajmować czymś głowę - chociaż nie wiem co jest lepsze dla mnie.

Często marzę o kilku dniach totalnego relaksu. Takiego słodkiego absolutnie nicnierobienia i nicniemuszenia. Niestety na wypad jakikolwiek trzeba mieć środki a ja ich nie mam. Cudownie byłoby np. spacerować po lesie albo po jakiś pięknych okolicach nad jeziorem tak poprostu, ze spokojną głową cieszyć się naturą. Często zastanawiam się jakby to było nie musieć o niczym pamiętać, niczego nie pilnować i dbac kilka dni tylko o siebie. Dla mnie brzmi to jak baśń - nierealna, zmyślona, abstrakcyjna. Nawet napić się dobrego winka dla relaksu nie mogę. Nie wiem jak radzić sobie z całym stresem jaki panuje w mojej głowie. Nawet sen nie jest spokojny - nie odpoczywam śpiąc. Myślę, że jest tak przez to, że głowa wciąż zajęta sprawami i problemami dnia codziennego. Wiem, że nie jestem w tym odosobniona bo i zdrowi tak miewają tylko my - tzw. chorzy - odbieramy i odczówamy wszystko inaczej, bardziej, mocniej. Jak tak sobie myślę to chyba przydałby się taki relaks jak za czasów dziecinstwa. Człowiek cały dzień beztrosko robił to co sprawiało radość, wracało się do domu na przygotowane przez mamę czy babcię jedzenie i znów słodki relaks. Jak dzis pamiętam jak jako sześcio może siedmio letnia dziewczynka spędzałam wakacje u mojej ukochanej babci. Rano koło 7:00 wstawałam wraz z Nią i jeszcze w piżamce (pamiętam jak dziś biała na ramiączkach w niebieskie gwiazdki i księżyce), w rozczochranych włosach i gumakach wujka szłam karmić kaczki, kury i króliczki. To chyba najwspanialsze wspomnienie z dzieciństwa. Bardzo mi brak takiego spokoju, natury i wolnej głowy. 

Skąd więc niechciej...? Wychodzi na to, że ze zmęczenia materiału.

 

Źródło: http://lh3.googleusercontent.com/-f7X6fUPrn5k/VUI3QIyUkAI/AAAAAAAAAIA/pcq8aUaSHOg/s1600/sketch-1430402758452.jpg

37 FILM YouTube

Dziś zapraszam Cię na moją strone na youtube. Tu mam limit sekund dla filmów i już go przekroczyłam więc od teraz jeśli powstanie film na jakikolwiek temat będzie lądował na mojej stronie YT. Poniżej link do filmu. 

Pozdrawiam

https://www.youtube.com/watch?v=uqbpMIEsAWo&t=4s

36 wchłanianie

W internecie znajdziesz dziesiątki artykułów, opracowań, grup, blogów, stron o tematyce chorób różnego rodzaju nie tylko związanych z psychiką czy nastrojem. W każdym miejscu jakie znajdziesz przeczytasz o objawach, przebiegu, przyczynach, sposobie leczenia itp.

A ja dzis niestety z autopsji chcę powiedzieć o rzeczy, z goła ludzkiej ale takiej, o której nie wypada mówić. To nie na miejscu. Ale w tym miejscu wypada to o czym ja zdecyduje, że wypada więc ja tu Ci powiem. Dotknął mnie problem delikatnej natury mianowicie rewolucje jelit (popularnie zwane biegunką). Pierwsze dwa dni bagatelizowałam sądząc że pewnie jakiś wirus - przejdzie. Potem zażyłam popularną smecte. W międzyczasie zaczęły powracać stany lękowe a nastrój zaczął lecieć na łeb na szyję w dół. Dopiero po czterech dniach, kiedy mój stan depresyjny ponownie sięgnal prawie dna, dotarło do mnie, że ja od kiedy pojawiła się uporczywa bieganina do toalety w zasadzie nie przyjmuję antydepresanta. On zwyczajnie przestał się wchłaniać bo nie zdążył nim biegłam do toalety.

Dziś mój stan zatrzymał się na wysokości wiaderka na dnie studni, tyle tyko brakuje mu by spaść na dno. 

Start z leczeniem biegunki. Zwiększenie dawki antydepresanta. Trzymanie kciuków. Taki mam plan.

Trzymaj je za mnie jeśli możesz.

Z góry (a raczej z dołu) dziękuję.

35 Wiatr

Wśród górali wiatr halny nazywany jest "wiatrem samobójców".

Niejednokrotnie słyszałam o tym, że silny wiatr halny wzmaga objawy chorób natury psychicznej, szczególnie depresje, lęki i myśli samobójcze.

Niestety odczówam to na własnej skórze. Od dwóch dni wróciły silne ataki lęku. Kołatanie serca, drżenie mięśni, łzy nachodzące do oczu niezależnie od sytuacji. Do tego migreny. W połączeniu z problemami życia codziennego tworzy się mieszanka wybuchowa.

Znów powrót niżu...

Szczerze mam tego dość!!! walczę codziennie o to, żeby to cholerstwo nie wracało. Co ja bym dała żeby nigdy więcej nie czuć tego zniechęcenia do robienia czegokolwiek, niechęci do siebie, zmęczenia, pustki... Mam dość ciągłego analizowania siebie i myslenia co dalej, jak postępować, jak odganiać tego cholernego wewnętrznego demona. Brakuje mi sił już na tą walkę...

Kiedyś pisałam tu o oddalającym się światełku nadziei. Dziś jest dalej niż kiedykolwiek. Nie potrafię pogodzić się z faktem, że mój ChAD przeszedł w przebieg ściśle depresyjny. Tęknię za manią. Ona mimo niebezpieczeństw natury społeczno - finansowej pozwala choć na trochę poczuć wiatr w żaglach i to wiatr siły i nadziei a nie "wiatr samobójców". Niestety nadzieja matką głupich a sa szaleńcy, który twierdzą, że jednak całkiem mądra ze mnie kobieta a więc i nadziei brak... :(

Jedyne pytanie, które teraz zatruwa mój umysł to "co dalej...?"

Żródło: https://s.redefine.pl/file/o2/redefine/cp/bu/bun3i4dst17q18zv94j3tdsfi2jx4kun.jpg

34 Mors - słodki tłuścioch z wielkimi kłami

Czy słodka?... zdania są podzielone,

tłuścioch? - zależy jaki mam dzień czy wstanę prawą czy lewą nogą,

kły? - no wielkie nie są ale podobno całkiem przyzwoite,

Mors? - tak - od niedawna mors choć raczkujący.

Po co ci to? - zapytasz. W odpowedzi kilka faktów naukowych:

"Morsowanie posiada mnóstwo prozdrowotnych zalet(...) Podczas zanurzenia w lodowatej wodzie dochodzi do skurczu powierzchniowych naczyń krwionośnych. Krew dociera głębiej i poprawia krążenie w narządach wewnętrznych i tkankach znajdujących się w naszym ciele. To powoduje szereg nieocenionych w swej wartości korzyści zdrowotnych (...)". Po za kozyściami typu zwiększona odpornoć, mniejszy celulit, zmiejszenie bólu w stawach, redukcja stanów zapalnych, pomaga w walce z alergią, wygladzanie i ujędrnianie skóry, poprawia wydolność serca. Najważniejszym jednak dla mnie pozytywnym efektem morsowania jest fakt, że wyzwala endorfiny, będące "hormonem szczęścia”. Wywołują błogostan, działają jak narkotyk dzięki czemu mają nieocenione dzialanie przeciwdepresyjne. Jestem na to najlepszym dowodem. 

Morsem od 5-iu lat jest mój mąż. "Ja nigdy w życiu" - tak mówiłam jeszcze dwa tygodnie temu. Ponieważ jestem typem, który najskuteczniej działa w sytuacji stresu musiał mnie porządnie wkurzyc i dopiero wtedy weszłam do zimnej oblodzonej wody.

Ku mojemu zaskoczeniu było fantastycznie. Okazało się, że ten klimat oświetlonego wieczorem jeziora z grupą pozytywnie zakręconych "wariatów" w połączeniu z endorfinami wywołanymi przez lodowatą wodę to coś wspaniałego. A wejście do wody z bliskimi to jest już całkiem extra (do wody wchodzi jak wspomniałam mój maz ale też najstarszy jedenasto letni syn i od czasu do czasu próby podejmuje też siedmioletni).

Tak zaczął się moj rok 2020. Jak dotat średnio idzie mi dbanie o siebie ale tego dopiero się uczę. Wiem, że jestem na dobrej drodze. Nie od razu Rzym zbudowano. 

 

 

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&ved=2ahUKEwjpgeqhxoHnAhWBY1AKHScZCksQjRx6BAgBEAQ&url=https%3A%2F%2Fwww.achetudoeregiao.com.br%2Fanimais%2Fmorsa.htm&psig=AOvVaw0m_UapTn8xlhT3RRow4hSS&ust=1579038225329998

33 NOWY ROK NOWE POSTANOWIENIA

Analizując moje stany wzwiązku z nachodzącym nowym rokiem doszlam do wniosku,że pod względem mojej choroby byl to najgorszy mój rok. Depresje dawniej może i bywały równie glębokie ale znikały równie szybko jak się pojawiały. W tym roku tygodnie bez depresji mogę policzyć na palcach jednej dłoni.

Analiza:

Jeszcze 15 miesięcy temu pracowałam na stacji benzynowej, praca bardzo ciężka i wyczerpująca ale 2,3 dni w tygodniu miałam wiec czas na odpoczynek fizyczny i psychiczny. Wcześniej siedziałam w domu macieżyńkie, przed nim l4 najpierw przez ChAD potem ciążę wyszło jakoś tak, że ponad 2,5 roku byłam w domu. Mimo, iż rownież chorowałam miałam sporo czasu na odpoczynek taki czas dla siebie, książka, kąpiel, kawa z koleżankami, tournee po lumpeksach (uwielbiam lumpeksy) taki relaks dla głowy. Oczywiście wszystkie obowiązki domowe kobiece rownież ale byla równowaga. Teraz tej równowagi zabrakło. Przez ostatnie 15 miesięcy pracuję zawodowo - pelen etat plus obowiązki domowe niezmiennie. 

Owa analiza nie wymaja IQ geniusza, żeby zauważyć skąd pogłębienie depresji. W mojej ocenie ze zmęczenia materialu. 

Zapomniałam w tym calym codziennym harmiderze o jednej bardzo ważnej osobie - O MNIE !!!

W ciagu tygonia słowo relaks jest całkowicie wykreslne z mojego słownika. W weekendy róznie to bywa ale mało jest wekendów w które mogę na prawde dwa dni byczyć się i relaksować w slodkim nicnierobienu i dbaniu o siebie. 

Z nowym rokiem nowe postanowienia? Ja mam tylko jedno: chcę zakochać się dbaniu o swój umysł, ciało i duszę. Znaleźć czas w codziennym biegu na chwilę relaksu. Nie o 22:30 jak juz moja cała wesoła gromadka ogarnięta ale zwyczajnie w ciągu dnia. Sposoby są rożne:

5 minut w solarium

20 minut w łaience - długi gorący prysznic, balsam do ciała może maseczka

15 minut na wypicie ciepłej kawy w ciszy z mruczącym na klanach kotem

10 minut na zjedzenie spokojnego posiłku w pracy

i teraz hardcore:

1x w tygodniu 1 sesja w grocie solnej ( jest takowa w moim mieście)

mogłabym pewnie też iść na basen itp ale mi tam zimno zawsze :)

 

Nie chcę dziś pisać jak to mi źle. Bywa róznie jak to w ChADzie. Dziś obiecuje ważnej osobie - sobie samej - że będę dla siebie dobra.

Jesteś gotowa/y postanowić to samo?

Życzę żeby w nowym roku udało Ci sie być wspaniałomyslną/ym dla siebie.

Źrodlo: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&ved=2ahUKEwjPobnElN7mAhXCGewKHRQuCUAQjRx6BAgBEAQ&url=https%3A%2F%2Ftwitter.com%2Fmondaymotivater%2Fstatus%2F1041601197390680065&psig=AOvVaw2tw9NRvQjO5tOiY0w50Ds6&ust=1577822232376892

32

Chcę Ci uświadomic jak ważny jest relaks i odpoczynek. 

To nie jest tak, że leżę i pachnę. Mam pełnoetatową pracę, mam męża, trójkę dzieci, dwa psy i teraz kotka. Jest co robić. Bardzo często zdarza sie, że nie mam czasu na ani jedną chwilę odpoczynku w ciągu dnia , często jest tak kilka dni pod rząd. Czasami wstaję o 5:45 i pieerwszy moment kiedy siadam żeby odpocząc nadchodzi około 22:30 jak już ogarnę wszytkie obowiązki w pracy i w domu. Wtulam się wtedy w męża przy filmie i bywa, że zasypiam po 15 minutach. Mam niestety świadomość, że ma to bardzo negatywny wpływ na moje zdrowie psychiczne. 

Dziś na przykład po intensywnym tygodniu w pracy byłam już w ciągu dnia tak padnęta, że jakby ktoś dał mi o 13:00 poduszkę spałabym może i do jutrzejszego rana. Takie zmęczenie automatycznie odbija się w postaci mocno obniżonego nastroju. Wiem już, że tak jest. Wiem z oberwacji siebie, że "zmęczenie materiału" powoduje stan przypominający depresję ale już potrafię to odróżnić. Nie panikuję, że znów dołek. 

Czasami wyolbrzymiamy. Czasmi jest nam wygodnie z depresją bo wtedy możemy bezkarnie nic nie robić. Ale w tym miejscu chcę Ci powiedzieć, że Masz prawo do odpoczynku i "nicnierobienia" również nie mając depresji. Zmecznie to naturalny stan każdego człowieka i każdy ma prawo "odpuścić". Mało tego to nie prawo, śmiem twierdzić, że to obowiązek.

Reaumując, pozwól sobie czasami na słodkie nicnierobienie bo możesz. Poprostu. Bo zasługujesz na zwykły odpoczynek. Nie musisz od razu lecieć do lekarza "bo mam nawrót chorby czy epizodu". Poprostu ODPUŚĆ jak nie przejdzie wtedy reaguj.

I pamiętaj, że pozwolenie sobie na zwolnienie tępa to mądrość a nie słabość.

Padam ze zmęczenia więc kończę na dziś. 

31

30

Natrafiłam dziś w internecie na zdjęcie, które bardzo dosadnie obrazuje moją - i zapewne nie tylko moją - drogę do spokojnego funkcjonowania. Zamierzenie nie użyłam określenia "normalności" bo to akurat pojęcie bardzo względne. W każdym razie droga, o której mówię nie jet nie do przejścia. Uważam, że dotarcie na szczyt jest bardzo realne mimo, że niesamowicie trudne. Zdjęcie idealnie obrazuje jak trudne. Pewnie nie raz będąc już prawie na górze człowiekowi poślizgnie się noga i znów ląduje na dole. Tak wyglada droga do wyzdrowienia w świecie ChAD, depresji i pewnie dziesiątek innych chorób nie tylko tych związanych z pychiką czy natrojem. Każda choroba to walka. Walczymy z własnymi słabościami, przeciwnościami losu, trudnościami dnia codziennego również. różnica między chorym a zdrowym jest taka, że u zdrowego schody to poprostu schody, czasem nierówne, uszczerbione czasem drewniane i kruche ale stabilne na tyle, że da się w miarę równym krokiem wejść na szczyt życia. U chorego natomiast schody te wygladają bardziej lub mniej jak na poniższym zdjęciu. Często tak śliskie, oblodzone, bywa, że brakuje kilku stopni i trzeba je sobie stworzyc. Czasem lód jest tak śliski, że trzeba przeczekać aż zelży. Mimo to wejście na szczyt, a więc spokojne, świadome, prawdziwe przeżycie danych nam lat  warte jest trudu pokonywania schodów.

Źródło: https://www.google.pl/url?sa=i&source=images&cd=&ved=2ahUKEwiyva_8wqnmAhVINOwKHUhVBBYQjRx6BAgBEAQ&url=https%3A%2F%2Fwww.nerwica.com%2Ftopic%2F19962-chad-choroba-afektywna-dwubiegunowa-cziii%2F%3Fpage%3D480&psig=AOvVaw3hhK_h2fV6SZb8U3m2qXcZ&ust=1576013765086957

29

Ostatnie dni przyniosły dobry okres w mojej walce  ChAD. Chociaż zastanawiam sie na ile  jest to walka z nim a na ile nauka życia w komitywie z "demonami manii i depresji" i akceptacji sytuacji. Ale wracaając do poprawy to faktycznie zmiana lekow dała wyraźny skutek. Chociaż musiałam wiekszyc dawkę antydeprsanta przyjmowanego w dzień i ponownie po półtorarocznej przerwie wróciłam do Lamotrixu który otatnimi laty nisczył mi sukcsywnie życie to czuję się zaskakująco dobrze. Jedyny sajd jaki pozotał to duszności już przy niewielkim wysiłku i czasami kołatanie serca ale to już nic. Cieszę się, że nie mam już lęków (szczególnie w pracy) no i, że senność odeszła w zapomnienie tylko teraz dla odmiany mam problem z zaśnięciem pomaga ciepłe mleko czasami wspomagane ziołowym uspakajaczem. Póki co otępienie ustało nieznacznie. Ogólnie rzecz biorąc mimo zawirowań w moim życiu osobistym czuję się na prawde dobrze jeszcze niedawno pewnie skonczyłoby się w najlepszym wypadku szpitalem w najgorszym, kiedy miałam czas uporczywych mysli samobójczych mogłoby skończyc się gorzej niż tylko szpitalem... Ale już nie chce o tym myśleć więcej. Pomału zaczynam podnosić żagiel, do podmuchu wiatru w jego płótno jeszce trochę ale już żagiel powstaje a to zwiastuje wiatr niosący mnine ku dobremu.

Zrządzniem losu udało mi się dziś poznać kilka bardzo ciekawych osób, wysłuchac interesujacych wykładów. Żywię nadzieje, że rozmowy te będą w stanie przynieść zmiany nie tylko dla mojego małego miastaale równiez dla innych małych społeczności w Polsce. Jak sie okazuje w miastach wojwódzkich opieka przygotowana dla osób z chorobami natury psychicznej jest na bardzo wyssokim poziomie i przybiera rozmaite formy od fachowej pomocy psychiatrów i terapeutów, poprzez miejsce do zamieszkania aż po szpitalne oddziały lecznnicze. wszytko na wyciągnięcie reki. Co istotne duże miasta nie maja a więc nie znają problemu mniejszych miasteczek gdzie największą przeszkodą dla zorganizowania czegokolwiek w temacie chorob psychiki jest wstyd chorych i ograniczenie świadomości zdrowych a co za tym idzie stygmatyzacja. Problem tkwi w tym, że nawet jesli uda się zorganizowac szeroką akcję społeczną to chorzy nie przyjda ze strachu przed "naznaczeniem".

Kochani, zwracam siętutaj do Was osób cierpiących z powodu chorób psychiki czy nastroju NIE WSTYDŹCIE SIĘ SWOJEJ CHOROBY, TO NIE WASZA WINA, ŻE CHORUJECIEmało tego śmiem twierdzić, że w ogromnej mierze stan chorobowy osób z tego typu zaburzeniami wynika własnie z problemów natury społecznej. Bark zrozumienia czy też strach przed brakiem zrozumienia powoduje ogromny, dodatkowy sytres związany z ukrywaniem się - ciągłą maską codzienności a to pociąga za sobą zdwojoną mękę za drzwiami naszych domów a czasami w ukryciu przed roddziną - sypialni czy łazienek. Czas z tym skończyć.Ja powiedziałam głośno: "mam ChAD" czy zmienia mnie to jako człowieka? Czy nagle kiedy przyznałam się publicznie zmieniłam się wobec przyjaciół, rodziny, współpracowników, klientów, osób na co dzień spotykanych w moim mieście w różnych miejscach? Uważam, że nie. Co to zmieniło w moim życiu? Poczułam, że kamień spadł mi z serca. Niezależnie od tego co myślą Ci mniej mi przychylni nie zamierzam zatrzymać się na starcie. Pistolet wystrzelił w powietrze, maraton rozpoczęty... czy przekroczę metę? Tego nie wiem, ważny natomiast będzie sam bieg... Chcę żeby zdrowa część społeczeńtwa ta, wyśmiewająca, szydząca, bojąca się "wariatów" zobaczyła, że bylismy cały czas tuż pod bokiem i naet nie zauważyli, że coś z nami nie tak dlaczego więc świadomość, że jestesmy chorzy miałaby coś zmienić?

Jestem Elżbieta, mam ChAD... 

Teraz Ty...

Mam ChAD, mam depresję, mam..., jestem... trzeba mówić...

https://www.facebook.com/AmazonPrimeVideo/videos/259822748252990/UzpfSTEwMDAwMjA4Nzg4Nzc3NjoyNjIxODMyMjExMjI5Njgz/

28

Dziś moje urodziny...

Czas na podsumowania i refleksję? No własnie nie. U mnie odwrotnie. Ja analizuję swoje życie codziennie dziś jest czas na to żeby się pocieszyć tym, że kolejny rok za mną... Powiecie, że kobiety nie chcą przecież się starzeć... a ja chcę. Marzy mi się starość przy moim mężu, marzy mi się widzieć jak moje dzieci zakładają rodziny itd.

Żeby te marzenia spełnić życzę sobie na nadchodzące 60 lat głównie rozgarnięcia, siły, rozsądku i czasu dla siebie. Miłość bliskich mi osób mam powodów do radości czasem myślę, że aż nadto. Mimo wszystko jestem szczęściarą i wiem to tylko nie zawsze mój mózg jest w stanie się tym i czymkolwiek cieszyć. Życzę też sobie żeby udały się plany i projekty, które są w powijakach ale być może dzięki nim uda mi się pomóc osobom podobnym mi, z podobnymi "wewnętrznymi demonami" a dzięki temu przekuć moje przekleńswto w dobro.

Źródło: https://i.ytimg.com/vi/C1rLk_dJK0U/hqdefault.jpg

27

Zastanawiałam się wczoraj cały dzień czy pisać o tym i za namowa męża uznałam, że blog istnieje między innymi po to, żeby pokazać jak wygląda życie z wahaniami nastroju a więc co za tym idzie piszę jak jest.

Po zmianie leków na Lamitrin uznałam, że ponieważ przyjmowałam go 6 lat i nigdy nie było problemu z alkoholem przy nim - mogę sobie wypic co nie co. Żeby nie było daleko mi do alkoholizmu ale dostałam od znajomego likier waniliowy delikatny, kobiecy alkohol. Wieczór upływał bardzo przyjemnie. Film, kolacja i likier. Słaby procentowo więc upojenia praktycznie żadnego ale smak... no pycha poprostu. Skończył się film, czas spać ale przed snem tabletka...

Po 10 minutach od wzięcia tabletki kiedy substancja się wchłonęła zaczęło się dziać źle.

Zaczęło się od nierównego oddechu, który z czasem robił się coraz cięższy... Po kilkunastu minutach ciężko było mi nabrac powietrza, jakby kilkuset kilogramowy kmaień leżał na moich płucach. Ale nie to było najgorsze. Po dłuższej chwili walki z oddechem przyszły bezdechy... Jak wyglądały...? Początkowo (przez pierwsze kilka sekund) wydawało mi się, że wszystko wróciło do normy oddech się uspokoił był lekki i zwyczajny do momentu kiedy się zatrzymał...

Tak, własnie tak. Zatrzymał mi się oddech. O ile kilka razy z rzędu było tak, że zatrzymał sie na chwilę i po tej chwili sama odruchem samozachwowaczym łapałam zachłannie powietrze o tyle po tych kilku razach zatrzymywał się i nie łapałam powietrza... Zasypiałam bez oddechu. Szczęśliwie był przy mnie mąż i wtłaczał mi powietrze metodą usta usta ratujac mi życie. Po kilku takich "oddechach życia" kazał mi wstać z łóżka i chodzić po mieszkaniu - nie spać!!! Pewnie gdyby go nie było zasnęłabym poprostu na bezdechu.

Nie chcę nawet myśleć jak bardzo musiał być przerażony. Pewnie był na etapie dzwonienia po karetkę, tego nie wiem.Na szczęście po kilku wdechach wtłoczonych mi przez męża oraz kilkunastu minutach chodzenia po domu udało się unormować oddech na tyle, że mogłam się położyć i zasnąć. Nie wiem jak długo mój mąz nie spał i obserował czy oddycham... Wiem jedynie, że gdyby nie on nie pisałam bym dziś tego tekstu... 

Zdecydowałam się napisać, mimo, że jest mi cholernie wstyd, że wogóle spróbowałam takiego eksperymentu żeby Cię ostrzec jak bardzo może być niebezpieczne używanie alkoholu w połączeniu z antydepresantami czy też innymi lekami podobnych grup. Gdybym była sama w domu... nie chcę nawet myśleć...

Proszę uważaj na używki

 

Źródło: https://www.therecoveryvillage.com/wp-content/uploads/2019/04/Alcohol-and-Lyrica.jpg

26

Światełko w tunelu...

Po raz kolejny je widzę. Udało mi się znaleźć psychiatrę i przychodnię na NFZ ale tak wspaniałą, że brakuje mi słów żeby opiasać jak bardzo bezpiecznie się z Nimi czuję. Wizyta u Pani doktor. Zmiana leków. Dziś drugi dzień po zmianie i póki co czuję się fantastycznie. Brak "efektu ćpuna" wieczrem, brak ssania głodu w żołądku. W dzień atak lęku ale tak lekki, że ledwo zauważalny. Niewielka palpitacja serca i niestety nadal duszności przy nawet niewielkim wysiłku aaaallleeee... głowa lekka. Czuję się jakby jakis ogromny ciężar spadł mi z głowy, serca, ciała. Pojawiło się światełko nadziei choć jak już powszechnie wiadomo czasem potrafi się to zmienić w ptrzeciągu kilku minut.

Wieczorem wczoraj zrobiłam kolację. Wszystko byłoby super gdyby nie fakt, że przy moim obecnie ograniczonym umysle zapomniałam zupelnie, że papryczka pepperoni jest cholernie ostrą bestią. Zrobiłam więc niezdrowe tosty i na każdy z nich położyłam 3 marynowane papryczki pepperoni. Zapijaliśmy z mężem tosty mlekiem. Uśmialiśmy się wręcz przez łzy. Ale to jest jeden z przykładów na "opcję wyłączenia mózgu". Są takie chwile w ci ągu dnia gdzie nie jestem w stanie mysleć logicznie p[oprostu, czarna dziura. 

No i jest pozytywny akcent. Pojawiła się opcja ciekawych projektów służących walce ze stygmatyzacją takich osób jak ja - z chrobą psychiki lub nastroju. Jest szansa na pomoc wreszcie w moim mieście oraz w mieście wojewódzkim Wrocławiu. Ale opowiem o tym jak będę jakieś konkrety póki co są to wstępne rozmowy. Mam nadzieje, ze w moim mieście osoby walczące ze swoimi wewnętrznymi demonami odważą się wziąć udział w takich spotkaniach. Bez zdjęc i filmów live. Poprostu w zamkniętym, zaufanym gronie. W prelekcjach, wykładach, warsztatach. Czasem w temacie psychiki a czasem poprostu fajnego spędzenia czasu. Liczę, że to się uda. Już teraz serdecznie zapraszam. Trzymaj się ciplutko. Do następnego...

Źródło: https://sites.evergreen.edu/storytelling/wp-content/uploads/sites/71/2015/05/Light-Tunnel.gif

25

Proste rzeczy, proste sprawy... a tak cholernie trudne. Naprawa zepsutego telefonu graniczy z cudem. A wczoraj wydawało się, że wszystko już będzie dobrze... 

Mam tego dość...!!!

Dokłanie to samo o czym mówiłam w filnie. Jak już mi się wydaje, że wychodzę z dołka, że widzę światło, że już prawie jestem na trawie i wącham piękne kwiaty ziemia znów osówa mi się spod nóg i spadam :(

24

Dzisiaj zamiast lektury - film. bo nie mogę pisać...

23

I tak już zostanie...

Jaki mam w życiu wybór? Jaki mam wpływ na to co trawi mój umysł, moja duszę co rządzi moim całym życiem...

ŻADEN !!!

Ogarnia mnie przerażenie jak myślę o tym, że mam do komńca życia być debilem... Może to duże słowo może "nieogarem" raczej. Przez 5 lat nieustannie byłam na lekach i już zaczęłam wierzyć, że jestem poprostu "nieogarem". Po tych kilku latach przyszedł czas kiedy nie brałam leków i czułam się jak Wonder Woman przypomniałam sobie jak wspaniale może funkcjonować mój mózg. Przypomniałam sobie o swojej koncentracji o tym jak wiele jestem w stanie ogranąć bez problemu, o jak wielu rzeczach pamiętać. Teraz, kiedy okazało się, że nie mogę funkcjonować bez farmakologii bo realnie grozi mi samobóstwo znów nie ogarniam, zapominam, nie kojarzę faktów, jestem roztrzepana i nieuważna...

A co jeśli kiedyś mój mąz będzie miał tego dość? Co jes;li mój szef nie będzie potrzebował "niogara" w pracy? Jak życ, jak funkcjonować?

Mąż mówi: "i bez koncentracji jesteś wspaniałą osobą..." ale co mi z tego? Jak ja się czuję ze sobą jak z obcym. Są takie filmy SF o kosmitach jak włażą przez pępek, ucho czy tam jakkolwiek i zaczynają zarządzać ciałem i umysłem człowieka i ja się tak czuję jakby rządził mną ktoś obcy sterujac niezależnie od mojej woli moimi myślami i reakcjami. Jakby specjalnie ściskał te zwoje odpowiadające za logiczne myślenie, pamięć i koncetrację uwagi.

Opcja: nie brać leków

Efekt: nieustannie nawracajaca i wyniszczajaca jeszcze bardziej chęć śmierci

Jak przetrwać? Jak poradzić sobie z całym tym bagnem? Chyba czas poszukać ośrodka gdzie mogłabym się wyciszyć i zebrać myśli... Może jest gdzies jakieś miejsce nie kosztujace krocie a mogące pomóc uspokoić umysł. Chyba warto poszperać. Mimo wszystko wciąz chcę walczyć o siebie. Często nie dla siebie tylko dla tych, którym zależy choć wystarczyły by dwa palce żeby ich policzyć...

22

Przyjżyj się zdjęciu poniżej...

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&ved=2ahUKEwjkn4WaydblAhVBwAIHHfkVBEMQjRx6BAgBEAQ&url=https%3A%2F%2Fbaltimorepostexaminer.com%2Ftips-improving-concentration-levels%2F2018%2F05%2F03%2Fmaxresdefault-29&psig=AOvVaw2R9CpUmMKgqDvizsCd4d9j&ust=1573163590239536

I jak wynik obserwcji zdjęcia?

 Ja widzę niebieski napis "focus" i napisy wokół niego ale żeby je odczytać trezba bardzo oszukiwać mózg, oczy, myśli.

Ja tak się czuję cały czas. Nie ma tu miejsca na zajebistość,nie ma taryfy ulgowej... Wszytko, każda czyność wymagająca skupienia i choc namiastki koncentracji wygląda u mnie tak jak u Ciebie próba odczytania kolejnych słów zapisanych na powyższym zdjęciu... Okropne? Aaaale to nie wszystko, do tgo dochodzi lęk, drgawki, dreszcze, kołatanie serca, ucisk i ból w klatce piersiowej, ból głowy, trudności z oddychaniem, koniecznoć opanowywania łez, które bezsensownie cisną się do oczu,rls... 

Wszytko to praktycznie równocześnie podczas pracy, wymagajacej nie tylko usmiechu i profesjonalności ale przy tym skupienia, koncentracji i rozwagi. W domu nie pamiętam o podstawowych rzeczach jak zakupy czy przygotowanie jedzenia. To cholerstwo zabiera mi nawet sportm który daje mi tak wielką satysfakcję i radośc.

Jedyne ukojenie to mój domowy azyl... uśmiechy dzieci i otulające mnie ramiona mojego męża...

21

No i stało się...

Taka chciałam byc sprytn i sama sobie pomóc. Nie brałam antydepresanta prze tydzienbo była już niewielka górka a przeszkadzał w pracy bardzo. Pani doktor mówiła, że jesli pójdę w górkę to mam go odstawić ale jednoczenie zwiękzyc regulator (Ketrel), nie posłuchałam. Odtsawiłam lamotrix ale nie zwiększyłam Ketrelu, dlaczego? Bo mnie usypia jak miałabym pracować, funkcjonować kiedy po wzięciu go w pól godziny nie mogę zapanować nad snem. Do tego ten cholerny RLS po Ketrelu jest tak silny, że rzuca mi całym ciałem nie tylko nogami. Jak z tym życ? Postanowiłam więc jak już pisałam wczesniej odstawić lamotrix i zostawić Ketrel na noc. Ogromny błąd...

Właśnie ponownie po ponad miesiącu wróciły mysli samobójcze... znowu dół...

Jutro idę do pracy, skład okrojony więc bez szans na zostanie w domu. A ja czuje, że ledwo oddycham. Łzy same cisną się do oczu bez wyraźnego powodu mimo, że przecież wszytko jest super. Wczoraj byłam na zaproszenie męża w najbardzoej chyba magicznej restauracji jaką widziałam. Było w niej jak u cioci w odwiedzinach. Spokojne, magiczne ciepłe miejsce z pysznym bardzo domowym jedzeniem. Jestem wyspana, najedzona, wypite juz dwe kawy w kieliszku piwnym radler 2% bo nie moge nic wiecej przy lekach. W domu cisza, spokój smiech dziecka (jednego bo starsi u taty swojego). Czemu mmiałabym miec dołek...

No własnie to jest jeszcze bardziej frustrujace jak walczyć z tym chlerstwem jesli wszystko jest ok. Co wyeliminować a co dodać? Nie ma takiej rzeczy i tu jest problem. Zaczynają się wyrzuty sumienia... Przecież mam wszystko czego mogłabym pragnąć mimo to wciąż dół cemu nie potrafię się tym cieszyć? Todobija jeszcze bardziej. Mąz robi co może. Mówi, że teraz to efekt leków, że to nie ja, że to przejdzie szczerze mam taką nadzieję lubię lubić żyć. Jak przychodzi moment, że zatanawiam się jak to jest czuć własną ciepłą krew na nadgarstku to znaczy, że znów nie jest dobrze. 

Wypisałam ię z grup dla depresnatów na fb one mi nie pomagają, są dobijające czytając te wszystkie wpisy czuje się jak wariat do kwadratu i mam wrażenie, że nigdy nie wydobrzeję a to prowadzi do tych cholernych MS. Nie chę ich. Chcę cieszyć się tym co mam i potrafić znów dawać z siebie 120% wszędzie w domu, pracy w wypoczynku. Nienawidzę siebie takiej a nie potrafię tego zmienić. 

Przerażające jest tez jak wiele osób cierpi podobne jak ja katusze. mimo, że od mojej rozmowy w tv minął już ponad miesiąc nadal dostaję sygnały od moich znajomych i nie tylko, że przechodzą taką samą gehennę. W tej czarnej dziurze myśl jest jedna nie chcę się tak czuć niestety pomysł na to jest tylko jeden w tym stanie ale akurat tego nie chce zrealizować zabardzo kocham żyć. i tak kółko się zamyka. Pozostaje tkwić w tym cholernym zamkniętym kręgu od dobbrych do złych momentów na przemian i modlić się wszędzie gdzie sie da o to, żeby więcej było tych dobrych.

Ps. Przypomniałam sobie właśnie, że jest jezcze jedno co dobija. Strach najbliższych. Świdomoc jak bardzo obciążam ich swoją osobą i chorobą mimo iż twierdzą, że nie. Poczucie bycia ciężarem to jeden z aspektów wpływających na MS na depresję i poczucie pewności siebie. Najgorsze, że nie jestem w stanie przetłumaczyc sobie, że tak nie jest. Mimo zapewnień ciężko mi w to uwierzyć chyba przez to jak wielkim ciężarem jestem dla siebie samej.

Dziś chyba nie potrafię zakonczyć pozytywną rzeczą. Jedyne dobre co mogę napisać to, że walczę nadal, znów, na okrągło mimo, że znów trace nadzieję, że kiedykolwiek uda ię wygrac choć trochę...

Źródło: http://i2.pinger.pl/pgr14/9e8ae901000c31ed50b51a2d

20

Własnie sobie uświadomiłam, że dawno juz nie pisałam. 

W między czasie (od ostatniego wpisu) postanowiłam odstawić (w konsultacji z lekarzem) escitil. Pani dr zaleciła mi go odstawic w razie gdybym szła w górkę ale ja odstawiłam go z innego powodu, mianowicie zero koncentracji, błędy w pracy, niedopilnowane sprawy itp... pierwsze 3 dni reakcja na odstawieni mimo, iż dawka była minimalna bo jedyne pół tabletki dziennie to załapałam się na zawroty głowy, nudności itp.

Od dwóch dni objawy ustały natomiast znów zaczynam zauważać obniżenie nastroju. Jeszcze nie jest tak niski żebym znów myślała o smierci ale jest już tak niski, że zaczynam się "zawieszać" - co znaczy, że zamyślam się czasami o niczym poprostu pustka w głowie a przy tym zaczynam znów odczówać brak motywacji do działania. Wychodzi na to, że żeby ustrzec się przez myślami samobójczymi muszę wrócić znów do tej minimalnej dawki escitilu (tym razem kupiłam pod postacią acipreksu) a to wiąże się po raz kolejny z utratą koncentracji co niestety może prowadzić do utraty pracy ;(.

Praca to to co daje mi satysfakcję, poczucie spełnienia, dochód. Kim będę siedząc w domu? Nikim. Pasożytem, który nic nie znaczy, nic nie ma i nic nie osiąga. Mój dochód spadnie prawie o 1/3 a już teraz mi brakuje co miesiąc.

Jak funkcjonować kiedy z każdej strony wpadam pod rynę z syfem? Jak to mówią jak nie urok to sraczka i wyglada na to, że u mnie tak właśnie jest. Taki to miód ta cholerna choroba.To są właśnie dylematy, które prowadzą na drogę ku światłu. Przez brak dobrego wyjścia czuję się tak bardzo źle z tym syfem w mojej głowie. Przez to właśnie nie daję rady normalnie żyć a świadomość tego, jak bardzo takie normalne życie nie jest możliwe dobija każdego dnia szczególnie, że jak już przychodzi moment pojawiającej się iskierki nadzei znów dostaję "obuchem w łeb".

Co dalej...? To się okaże póki co ze wszystkich sił staram się walczyć o siebie.

19

Zauważyłam jedną rzeczmianowicie my, nie wiem tu czy ludzie poprostu czy Polacy jako naród, uwielbiamy pastwić się nad sobą szczególnie publicznie tylko po to, żeby chyba nas ktos pożałował no bo po co inaczej...? Najgorsze, że zauważyłam to też u siebie a uwidoczniło się to tutaj na moim własnym, osobitym blogu... czym? a no tym, że w czasie epizodu depresji pisałam prawie codziennie, teraz kiedy jest dobrze - chyba nawet zbyt dobrze ;) - prawie nie piszę. A ponieważ blog ten ma być moja własną autoterapią moim postanowieniem jest, że w manii czy remisji będę piać rownie często, po co? po to żeby poczytać sobie potem w dołku jak może byc fajnie, przypomniec sobie, że bywa wspaniale. Ale tez po to żeby nabracnawyku mówienia o tym co we mnie, w moim świecie dobre.

Dziś po raz pierwszy od wielu miesięcy uśmiechałam ię do siebie idąc ulicą. zwracalam uwage na rzeczy, które były wokół mnie i niektóre były zabawne. Przykładowo we Wroclawiu jest automat ze wierzym mlekiem, wrzuca się 4 złote i otrzymuje szklana butelkę z mlekiem rano dojonym od krowy (tak głosi napis na automacie) stalam, patrzyłam na niego i smialam się do siebie. Przykład drugi, na obwodnicy Wrocławia jechało za mną auto z szeroko rozatwionymi, okrągłymi lampami z przodu i z tak zaprojektowanym "grillem", że wygladało na ogromnie zdziwione hehehhehhe śmiałam się w głos do siebie w aucie. Uśmiechałam się do siebie bo promienie słońca raziły mnie w twarz i było to jednoczesnie iytujace i wspaniałe.

Ja nie wiem czy zdrowy człowiek jest w stanie zrozumiec jak bardzo po czasie tak bardzo ciezkim, ze kazdego dnia walczy się o chęć życia, o każdy usmiech o choć jedną dobrą myśl nagle idę ulicą i cieszę się sobą - cieszy mnie słońce i moja obecnośc. Jak bardzo wspaniale jest czuć, że warto żyć. Jak cudownie jest czuć się tak lekką, że latanie w chmurach wydaje się tak realne jak zjedzenie jabłka. Teraz muszę się pilnować żeby nie wejść w manię chociaż mąż mówi "trochę wejdź - odetchniesz po depresji" i chyba ma rację. 

Ten dzień dzisiaj dał tak wiele radości. Mam łzy w oczach pisząc o tym bo jeszcze trzy tygodnie temu nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze poczuję taką lekkość. Dziś poczułam ssię jak superwoman latajaca wśród chmur, znów poczułam, że mogę wszystko jesli tylko chcę, że mam siłę żeby wstać z kolan i wygrzebać się z dołka. 

Dziś poczułam się szczęśliwa sama ze sobą - wspaniałe uczucie.

Ps. Muszę niestety na ten moment przyznać, że w moim przypadku odstawienie leków nie było dobrym pomysłem. Chociaż z drugiej strony czasem trzeba cos stracić żeby docenić. Ja na wiele mieięcy straciłam całe swoje pozytywne "ja" i bardzo za nim tęskniłam. Czuję się lepiiej od kiedy biorę leki ale dzis nastapił przełom w mojej głowie - znów czułam prawdziwą, szczerą radość z tego, że żyję. 

Źródło: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&cad=rja&uact=8&ved=2ahUKEwjMy8r2u7DlAhUsBGMBHQqwB9QQjhx6BAgBEAI&url=https%3A%2F%2Fbudowniczynet.pl%2F62391-anime-flying-clouds-blonde-superwoman-dc_comics-supergirl-superheroines%2F&psig=AOvVaw0vH7AutcmJfh4_oEDUUK4d&ust=1571854348290189

18

Jak to jest z prowadzeniem domu?

A no właśnie byłam na dzisiątkach stron, przeczytalam mnóstwo artykułów, opracowań, przeszłam terapię ale praktycznie nigdzie nikt nie napisał jak radzić sobie z ogarnianiem domu.

Etap pierwszy depresja. No bo jak mam depresję to walczę każdego dnia o normalne życie to znaczy, że zmuszam się do wstania rano, do mycia zębów, malowania, szykowania się do pracy, w pracy jest maska codzienności żeby nie zamęczać wszystkich wokół moim wrzeszczącym w środku, cierpiącym jestestestwem robie co mogę żebyogarnąć gdzie właściwie włożyłam kartkę z zapisaną listą zakupów, ktra zwykle i tak nie jest kompletna mimo dość skrupulatnego wydawałoby się przejżenia lodówki, łazienki, półek i szafek w celu oceny co właściwie powinnam kupic i na owej liście umieścić. Po zakupach dzieci trzeba pozbierać, rozdać obowiązki domowe oraz wykonać swoje co na serio jest wyczynem godnym wonder woman - serio. W dole wyczynem jest zrobienie sobie herbaty a ja ogarniam wszystko. Nic więc dziwnego, że nie jest to wszystko idealne. Często czegoś nie kupię, zapomnę o składniku do sosu czy jakimś płynie. Potem staram się to czymś zastąpić ale nie zawsze się da. resztkami sił staram się ogarnąć haos w domu. Chłopaki mmają swoje zadania a ja swoje. Niestety ogarnięcie nawet głupiej podłogi to jest dla mnie nieludzki wysiłek. Wchodze do kuchni i absolutnie nie mam sił na głupie gotowanie obiadu nie mowiąc już o sprzataniu. Pranie nigby nic przeciez pierze pralka a jednak trzeba ja zapakować,potem to rozwiesić, poskładać... Czasem zapomne o rachunkach, tak poprostu albo wiem, że mam zrobć przelew ale nie jestem w stanie się do niego zebrać za nic w świecie. No i tak mijają te depresyjne dni nawypełnianiu obowiązków mimo całkowitej bezsilności wewnątrz mnie póki coś nie pęknie. Jak pęka nie jestem w stanie zrobic już nic. Pojawia się czarna dziura ale absolutnie czarna dziura, spanie i jedzenie to przykre obowiązki. Wtedy już serio walczę o przeżycie, walczę z demonami depresji z myslami samobójczymi na czele Pozostaje płacz, i poprostu siedzenie przy sentymentalnej muzyce albo najlepiej w ciszy bezludzi, bez mówienia. To czas na mój reset - tak chce myslec o deresji, ktora staje się tak silna, że nie da się funkcjonować już wcale chcę traktować ja jak katharsis, oczyszczenie, reset. Tylko ten reset to absolutnie nicnierobienie. To jest czas kiedy wstanie z łóżka i umycie zębów to absolutny sukces dnia. Dom i jego potrzeby jakby przestaja istniec nie specjalnie tylko z bezsilności poprostu.

Etap drugi krótszy lub dłuższy czas remisji. Jest to czas tak zwanej "normalności" wtedy funkcjonuję jak przeciętny człowiek. Bywam zmęczona ale tak zwyczajnie fizycznie. Wtedy bardzo staram się, żeby byla jak trzeba. Moja koncentracja pozwala mi na w miarę porządne ogarnianie zakupów, domu w sensie sprzatania. Wtedy przeychodzi czas kiedy umycie podłogi sprawia mi przyjemność. Wtedy często w domu palą się świeczki zapachowe, ktore oboje z mężem uwielbiamy. Wtedy robie w domu ciepły domowy klimat. Zawsze gotowy obiad, poprane, posprzatane (na ile czas i umijętności pozwolą bo niestety perfekcyjna pani domu ze mnie nie jest). To taki czas normalności w naszym szalonym życiu. Ten lubię chyba najbardziej. Bywają wtedy lepsze i gorsze humory ale takie zwykłe, ludzkie jak u każdego. Rachunki popłacone. Wtedy jestem całkiem rozsądna ;)

No i etap trzeci. MAŃKA. No to tu to już jazda bez trzymanki. Zakupy? Ale, że co ktoś jest głodny? O jezu to niech sobie weźmie tam kanpke czy cos a jak nie to jedźmy do macka - Czemu nie możemy o 22:30 z dziećmi do macka? bo szkoła? to jutro nie pójda o a ja sobie zrobie wolne w pracy i pójdziemy do lasu. Nie Masz mydła juz? A nie da się umyć płynem do naczyń? Aaaalbo wiem nie płyem do naczyń, lepiej pojedźmy po mydło na Krakowski rynek... tam jest tak pieknie i maja takie mydła co sami robią zaszalejmy... jak to nie mozemy? czemu? Kurcze pranie miałam puścić mam brudne bluzki a kij kupię nowe to oszczędzę czas stracony na robieniu prania. Trzeba umyć podłoge w domu? weź to nudne poprostu pojedźmy gdzieś to nie będziemy na nią patrzec i już aaallleee będzie fajnie ;DDD albo może dobra umyję ale w sexi stroju jak dzieci nie będzie to chociaz Cie nakręce przy tym a jak juz będziesznakręcony to może skoczymy do Zakopanego i skoczymy z tej skoczni dużej, ale, że jak nas tam nie wpuszczą? Mnie nie wpuszczą? Weź... No proszę Cię, popatrz na mnie... przekabacę ochroniarza hehe, ale będzie czad. Ale, że jak nie mamy kasy? Dobra za prąd zapłacimy za mmiesiąc a teraz kupię te drogie prefumy bo pzecież muszę mieć wszystko co najlepsze jako bogini... heheheeheheheeheheh 

Wygląda zabawnieale prawda jest taka, że bez kontroli bliskich w tym czasie takie głupoty są na porządku dziennym. Życie z mańką to zapoinanie o obowiązkach, rachunkach, rozsądku. Wymaga dużej kontroli a ponieważ nie ma tu miejsc na samokontrolę muszą wkroczyć bliscy. U mnie tę rolę przejmuje mąż. Pozwala mi na trochę szaleństwa bo ono jest calkiem fajne, no i pozwala mi się wyluzować po spince depresji i remisji ale musipowtarzam mui być kontrolowane. Inaczej wiąże się toz odłączniem prądu, czasem długami, putymi kartami kredytowymi i utratą pracy. Po za tym czasem należy się opiernicz za zaniedbywanie obowiązków domowych tylko i on musi być wywarzony bo kłótnia może być w manii zapalnikiem "co ja sbie nie ddam sama rady...? jestem boginią moge wszystko". Ważna tu jest wyważna rola bliskich i przyjaciół.

To tak po krótce bo ja nie lubie sie rozpisywać. 

Aaaa no i jezcze jedno tabletek tydzień drugi. Efektów ubocznych wiekszych niż dotąd nie widzę natomiast jesstem bardzo senna.

Nadrabiam kawą ;)

17

Aaaallleee... telewizja telewizją a życie kręci się dalej. 

Jutro minie dwa tygodnie jak biorę leki, jak jest...?

O ile escitil brany w dzień nie ma na mnie praktycznie żadnego negatywnego wpływu, no może prócz tego, że czasami zakręci mi się w głowie o tyle mam problem z Ketrelem.  Otóż owy Ketrel na bazie kwetiapiny ma działanie usypiające choć nie nagłe. Oznacza to, że śpię jak niemowle ale nie zasypiam w minutę po przyjęciu tabletki w zasadzie zasypiałam ok pół godziny od jej przyjęcia przez pierwsze 2-3 dni. Teraz nie ma problemu, żebym wzięła ją np. o 20:00 ponieważ mimo to mogę spokojnie położyć jak zawsze czyli około północy. Problem jest raczej rano. Wstanie z łóżka o 5:30 to nieludzki wyczyn mało tego, jestem opuchnięta i rokojarzona. Sytuacja ta nie ułatwia pracy zawodowej ale muszę próbować ze wszystkich sił.

Drugi minus jest taki, że już zaczynam zauważać problemy z koncentracją tzw. ogarnianiem. Zapominam o różnych rzeczach np jadę na ognisko i biorę wszystko prócz kluczowych zapałek. Niby nic ale jak takich rzeczy nazbiera się w ciągu dnia kilka lub kilkanaście staje się to frustrujące.

Natomiast biorąc pod uwagę fakt, że mimo tych minusów jestem weselsza, spokojniejsza i nie mam tych uporczywych myśli samobójczych wychodzi na to, że zyski przewyższają koszty. A więc docelowo WARTO mimo wszystko WARTO.

Wiem jak wyglada zycie ze źle dobranymi lekami, wiem jak wyglada choroba bez leków Teraz uczę się życia z lekami. Póki co dzięki nim zaczynam wygrywać z chorobą. Zobaczymy na jak długo. Pokonany dołek czy w jego miejsce pojawi się górka...? To się okaże. Z ChAD nigdy nic nie wiadomo.

Póki co czekam na rozwój sytuacji i cieszę się lekką duszą. 

16

No i byłam...

Jechałam do warszawy z przekonaniem, że tvp nie jest zbyt popularnym kanałem a juz na pewno nie oglądaja PNŚ moi znajomi bo przecież kiedy? Wszyscy pracują...

Studio ciekawe, Pani Monika Zamachowska ciepła i bardzo profesjonalna dziennikarka. Od wejścia wspaniały klimat zero spiny. Temat dla mnie trudny, ale jak już zdecudowałam się pisać blog więc czemu nie powiedzieć o ChAD w tv ;) 

w każdym razie dążę do tego, że poszlismy tam zupelnie bez spiny, na luzie, uważając, że pewniei tak nikt nie będzie wiedziła prócz najbliższych nam osób, które sami poinformowalismy. Tuż po nagraniu chwytam za telefon,wchodzę na fb a tu posty znajomych ze zdjęciami z nagrania za chwilę dziesiątki komentarzy pod nimi zaczeły sypać się lajki wiadomości prywatne na msg, whatsapp, przez smsy. Dziesiatki czy setki pozytywnych reakcji(mam nadzieję, że szczerych) w piatek musiałam dwukrotnie ładowac telefon do pełna chcąc odpisać wszystkim. Nie spodziewałam się kompletnie takiego odzewu.

Cieszy mnie bardzo w tym całym szale, że odezwały się do mnie osoby, które również borykają się z problemami natury psychicznej ale bardzo si,ę tego wstydzą...

To jest własniepowód dal któregozałożyłam blog, to jest powod dla którego pojawiłam się w tv - to, że być może moje przekleństwo, z którym borykam się nie tylko ja ale również moi bliscy na coś się przyda. Może uda mi się uświadomić chorym, że to nie nasza wina, że chorujemy. Może uda mi się uświadomić zdrowych, że my chorujący na problemy pychiczne, nerwowe, czasem hormonalne (bo i to bywa przyczyna problemów) jestesmy wśród nich, żyjemy, mamy rodziny, pracujemy tak jak oni mimo to nie jestesmy inni. 

Dostałam wiele ygnałów typu "nigdy nie pomyślał/a bym, że chorujesz" oczywiście bo nikt z nas nie chodzi i nie płacze pracy. Czy ktokolwiek z depresją chodzi i opowiada w sklepie na akupach Pani Sprzedawczyni, że boryka się z myslami samobojczymi? Oczywiście, że nie. Nie żalimy się wszem iwobec, że jest nam ciężko i źle bo po co? Nasz świat jest wystarczająco ciężki. A ja chcę, żeby społeczeństwo "zdrowe" zdało sobie sprawe, że wśród nich jest mnóstwo osób zmagających się z własnym "ja", czasami walczących o każdy dzień po to właśnie żebysmy nie musieli się wstydzić.

Blog zaczęłam pisać w nadziei, że może się na coś przyda komuś z podobnymi problemami lub bliskim osób dotkniętych chorobą psychiki czy nastroju. TV tez byla z tego powodu. Ciezsę się, że powstala ta burza po moim wysteepie w PNŚ ale ciesę się nie przez to, że czuję się, jak co niektórzy mówią "gwiazdą" tylko przez to, ze to wielki krok żeby chcoiaż lokalnie zwiększyć świadomość społeczeństwa i pokazać chorym, że jest nas dużo...

NIE JESTEŚCIE SAMI ANI JEDYNI I NIE JESTEŚCIE WINNI TEGO, ŻE CHORUJECIE - każdy z nas oddałby to brzemię z ogromna rozkoszą. Ja mam nadzieję, że przyznając się czy też "ujawniając" choć trochę przekuję moje przekleństwo w coś dobrego dla innych.

 

PS. 197 wejśc w jeden dzień - JA PIERDYKAM!!!!!!!!!!!!!  dziękuję :)

 

Link do nagrania z PNŚ znajdziecie tutaj:

https://pytanienasniadanie.tvp.pl/36312457/choroba-afektywna-dwubiegunowa-od-apatii-po-euforie

Źródło: moje zbiory prywatne ;)

15

Dawno mnie tu nie było...

Urlop w toku i chyba bardzo mi pomógł, nie wiem czy to kwestia odpoczynu czy leków, wiem natomiast, że urlop na czas ponownego rozpoczęcia leczenia farmakologicznego to był bardzo ddobry pomysł. Nie boje się wziąć tabletki w dzień bowiem, że jestem w domu i niczego nie zespuję, niezassnę itp. obawiam się natomiast co będzie kiedy wrócę do pracy...

Czas, który mogę spędzić z mężem to godzina 22:00 aż do snu i tutaj moja obawa. Ketrel to lek o działaniu usypiającym i mało tego po około pół h po przyjęciu tabletki włącza sie ssak na jedzenie. I to taki nie ddo opanowania. i teraz mam wybór. Brać tabletkę jak zalecił lekarz o 20:00 i walczyć ze snem spędzjaąc cas z mężem ale przy tym jeść bez opamiętania cały wieczor i tyć (co też ma wpływ na moja [pewnośc siebie, samoocenę i dołki) lecz przy tym na drugi dzień być w pełni sił i wyspana czy brac ją o 23:00 i zanim złapie mnie głód iść spać aaaale... możliwe, że na drugi dzień będę cały czas śpiąca ale za to wciąż w miarę tzreymać się będę w wadze...

Cóż pozostaje wyprobować obie opcje ;)

Minął tydzień od kiedy przyjmuję leki. Mąż mówi, że je uwielbia. podobno jestem weselsza, bardziej usmiechnięta i otwarta. Ja czuje sie tylko lekko ale o tym juz pisałam. Zobaczymy co będzie jak wrócę do pracy i czy dam radę ogarnąć wszystko. Nadal bardzo boję się, że znów będzie ćwierćmózgowie. Ale jestem pełna nadziei a to daje mi siłę do dalszej walki. No i najważniejsze, juz tydzień nie mam myśli samobójczych - wspaniele się uwolnić.

Póki co przede mna wyzwanie. W ten piatek 11.10.2019 o godzinie 9:10 będę gościem na "kanapie" Pytania na śniadanie. Tematem będzie życie z ChAD. Zapraszam Cię do ogladania może odnajdiesz tam odpowiedzi na nurtujace Cię pytania a może Jesteś poprostu ciekawa/y czy żyje nam się podobnie na tej ciągłej huśtawce...? A może nie i nie Chcesz oglada to też spoko proszę tylko wish me a luck. 

Pozdrawiam...

14

Brania tabletek dzień czwarty...

Znam teorię, ulotki,artykuły, opinie wiem, że działanie Ketrelu i Escitilu odczówanle powinno być po ok 2 tygodniach. Może to placebo, tego nie wiem ale wiem jedno...

JEST MI LEKKO...

Aż mam łzy w oczach pisząc o tym. Po raz pierwszy od kilku miesięcy czuję w srodku spokój. Śmieję się tak bardzo spokojnie. Cieszę się tym co mam. Pierwszy raz od dawna nie czuję ucisku w piersi.

Zabawne bo piszę to a w tle leci "I'm alive" Celine Dion tak poprostu wskoczyło ze składnaki YouTube ;).

Wspaniałe uczucie mieć nadzieję... 

Aaaaaaa i zapomniałabym o jeszcze jednej ważnej rzeczy... 25.05.2020roku spelni ię moje marzenie. Dzięki osobie którą znam całe moje życie. DZIĘKUJĘ raz jeczcze nie mam słów żeby wyrazić jak się cieszę ;)

 

13

I po wizycie...

Tak jak przewidywałam Pani doktor (z resztą wyglądająca na mądrą, doświadczoną i ciepłą kobietę) przepisała mi leki. Dostałam Kettrel oraz Ecitil.Czym są te leki przeczytacie poniżej natomast jaki maja wpływ na mnie...? Jeśli chodzi o Escitil, lek przeciwdepresyjny to mimo, iż producent twierdzi, że efekty stosowania leku powinny byc widoczne po 2-4 tygodniach ja mam wrażenie, że jet lepiej już dziś w trzecim dniu. Jestem spokojniejsza a przy tym jakoś chyba bardziej usmiechnięta.Nie odczówam senności ani apatii i przede wszystkim niee czuje się jak półgłówek, póki co zachowuje normalne myslenie. Być może to placebo tego nie wiem ale mąż twierdzi, że lubi te tabletki ;).

W kwestii kettrelu historia jest z goła inna.W pierwzsym dniu stosowania na 20min po wzięciu tabletki zesztywniał mi język, pojawiło się mrowienie na twarzy, głód oraz gigantyczna senność (wręcz odlot) - to chyba własnie to działanie przeciw myslom samobóczym ponieważ ogarnął mnie wielki strach -  na serio myslałam, że umieram. W drugiem dniu czyli wczoraj bylo zupełnie inaczej. Nie bylo odrętwienia języka ani mrówek na twarzy no i co najważniejsze zero senności, wręcz przeciwnie uruchomił mi się RLS (syndrom niespokojnych nóg), który kompletnienie dawał mi zasnąć. Pomogło dopiero ciepłe mleko podane przez meża :).

Ogólnie urlop był najlepszym co mogłam wymysleć. Nie dałabym rady wstac o 5:15 żeby zebrac się do pracy. Mam nadzieje, że te dwa tygodnie będą wystarczające żeby przyzwyczaić się do funkcjonowania z lekami. Jeżeli Masz podobny dylemat w kwestii leków i pracy serio urlop czy też zwolnienie to bardzo dobry pomysł. Musisz miec czas na oswojenie się z lekiem, ze swoimi reakcjami na niego. Musisz nauczyc się jak z tym żyć inaczej nie ogarniesz.

Lęk przed utratą pracy nadal we mnie siedzi. Nie wiem jaki wpływ na moje myślenie, koncentracje będdą miały leki jak organizm się nasyci czyli za około 2-4 tygodni. Natomisatmuszę przyznac, że dziś czuję się lepiej. Byc może to faktycznie placebo w koncu siła ludzkiego umysłu jest niezbadanie wielka ale nawet jeśli tak jest to cieszę się. 

Co do siebie samej mam bardzomieszane uczucia. Z jednej strony jestem bardzo sobą zawiedziona, że nie dałam rady ogarnąć tego bez leków. Z drugiej natomiast jestem z siebie dumna, że próbowałam, że tak długo walczyłam.

Czasem lepiej jest odpuścic żeby było nam lżej...

ESCITIL

Leki wybrane dla mnie

ESCITIL

krótki opis

KETREL

Wybrane dla mnie leki...

KETREL

opis leku

Najgorsze to,

przestań tłumaczyć sobie

swoje niedociągnięcia chorobą...

albo

Każdy ma czasem gorszy dzień

nie przesadzaj...

Źródło:fb

11

Są momenty, że zastanawiam się po co to wszystko...? Po co mi ten blog... Po co mi praca itp...

No właśnie po coś. Po to żebym rano wstała, zrobiła makijaż, żebym musiała wyjść z domu, żebym musiała rozmawiać z ludźmi choćby nie wiem jak było to trudne. Czasami siedząc w pracy mam łzy w oczach, czasami duszę się siedząc za komputerem. Czasami założona maska bardzo uwiera ale co gdyby nie to...? Co gdybym nie musiała tego wszystkiego? Jestem absolutnie pewna, że marazm jaki by mnie dopadł całkowicie pogrążyłby mnie w stanie wegetacji. Bo skoro nic nie muszę a jedyne czego pragnę to kakao i ciepły koc to po co miałabym walczyć ze swoimi "demonami"?

Czasami i taki czas jest potrzebny, czasami musimy przegrac bitwę i dać sobie na przegrupowanie sił... Nie ma w tym nic złego. To, że czasem wygra dołek to żaden wstyd ani powód do dodatkowego kajania się. Dajmy sobie ten czas, złapmy siły, nie bójmy się  słabości bo ona czasami jest nam potrzebna żeby złapać oddech. Aaale...

Postarajmy się nie rezygnować całkowicie z wszystkiego co daje nam choć odrobinę pozytywnych emocji. Mi moja praca daje dużo satysfakcji, kontakt z ludźmi ich pozytywne reakcje na moja osobe to takie małe światełka codzienności, trochę jak świetliki w ciemnym tunelu - pomagaja przetrwać. 

Po co mi blog? Po to żebym mogła sobie o tym przypomniec od czasu do czasu. Kiedy dzień jest dobry albo tylko lepszy na tyle, że mogę napisać coś dobrego to piszę na przyszłość... A jak jest tak źle jak bywało ostatnimi czasy - piszę, żeby wyrzucić z siebie złe emocje, mysli one kumulując mi się w głowie zatruwają mnie od środka więc muszę je wyrzucić, pozbyć się ich... W takich złych momentach kiedy górę bierze ciemna strona, kiedy częściej myślę o śmierci czy o poprostu ciepłym kocu, kiedy mam łzy w oczach i duszności bo zwykłe bycie mnie przerasta czytam sobie moje wpisy te lepsze. Czytam te, które mówią o wlace, o sile otoczenia, które ma ogromny wpływ na moją codzienna walkę. Czasami jedno tylko zdanie, jedna sytuacja przesądza o kilku kolejnych dniach.

Rozpisałam się, pewnie bez sensu ale... 

Chcę powiedzieć, że nawet kiedy brakuje nam sił, kiedy wydaje się, że wszystko jest czarne lub szare znajdźmy w sobie odrobinę siły i zawalczmy... WARTO...

12

Pierwszy dzień urlopu...

Żeby była janośc urlop wzięłam ponieważ w czerwcu minął rok od kiedy nie miałam kontaktu z psychiatrą (prócz jednorazowej wizyty w kwietniu w stanie absolutnego pragnienia śmierci). Jutro jadę na wizytę ponieważ mimo faktu, iż dni bywaja raz lepsze raz gorsze i mimo, że sądziłam, że dam radę bez leków, nauczyłam się siebie, swoich reakcji, opanowywania myśli, rozpoznawania nadchodzących epizodów to nie potrafię okiełznać tego co dzieje się w mojej głowie kiedy epizody przychodzą. Wiem kiedy nastapią, wiem co oznaczają ale nie potrafię z nimi walczyć. O ile manię opanować nie jest trudno, poprostu mąż przejmuje dowodzenie w kwestii finansów, wyjazdów itp, przypomina mi o rzeczach "do zrobienia" i pilnuje żebym nie poszła zbyt "wysoko" o tyle w depresji nie jest już tak łatwo. Tutaj niestety moje nieogarnianie świata mnie przerasta całkowicie. Fakt, że duszę się w pracy, mam ochotę uciekać jak wchodzi klient (mimo, że ta pracę uwielbiam) jest dla mnie druzgocący. Samopoczucie na poziomie leniwca, refleks podwodnego szachisty nastrój rodziny Adamsów to wszystko nic, z tym dałabym radę najgorsze są uporczywe mysli o śmierci. Najciekawsze, że to nie jest tak, że ja jej chcę ja kocham życie mimo, że to choelrstwo wyniszcza mnie od środka.  Mimo wszystko dochodzi do tego, że ustawiam w głowie co musiałabym ogarnąć... jak zabezpieczyć męża, dzieci... a za chwilę sama siebie ganię za to.Tylko, że to tak jakby ktoś inny sterował moimi myslami. 

Wracając do tematu bo się znów rozpisałam pobocznie. Jutro wizyta u lekarza i zapewne powrót do leków co jest dla mnie moją osobistą ogromną porażką. Sądziłam, że jestem silna, że będe potrafiła wygrać z tym przekleństwem. Nie udało się. Ta wizyta jutrzejsza to ogromne przezycie dla mnie. Boję się, stresuję. Na samą myśl, że znów wykupię leki, i znów będę musiała codziennie je brać tracąc jsaność umysłu, koncentrację 2/3 mózgu łzy same cisną mi się do oczu. Tak bardzo chciałabym nie musieć tego robić. Tak bardzo chciałabym móc być sobą, mieć szansę na życie w swojej osobowości. To okrutne, że tak jest, że muzę świadomie wyzbyc się siebie żeby móc żyć... 

Tutaj kółko się zamyka...

Co to jest za zycie jeśli stajesz się ćwierćmózgiem? Jesli nie ogarniasz ugotowania jajek, zrobienia zakupów, nie mówiąc o pracy, którą zapewne stracę ;(. Tu zaczynają się mysli typu: "po co mi taka wegetacja" - jedyne co trzyma mnie w postanowieniu, że jutrzejsza wizyta jest zasadna to nadzieja, że tym razem może inne leki..., może nie będzie tego okrutnego efektu... A urlop co ma do tego? To czas na przeczekanie reakcji na leki...

Trzymaj za mnie kciuki...

10

Zaraz się chyba rozpłaczę. Nie chcę tutaj być !!! Ratunku ;( mam wrażenie, że za chwilę się uduszę. Jak sobie radzić? Jak nie nienawidzić siebie samej? Jak ogarnąć świat? Jak ogarnąć podstawy w pracy, w życiu? Jak, jak, jak... telefony sie urywają, ludzie wciąz czegoś chcą... Ja chcę stąd wyjść tylko niczego więcej nie pragnę ;(

 

Nie ogarniam :'(

 

https://www.youtube.com/watch?v=yJmCBSJsF9E

9

Poczucie beznadziei to najgorsze bo może dopaść człowieka właśnie ono pcha nas w stronę najczarniejszych myśli. Poranne promyki słońca trochę pomogły ale juz ich nie ma. Lit... Pierwiastek stosowany przy depresji i właśnie dwubiegunowce. Problem w tym że mimo iż leczy ma też właściwości wywołujące myśli samobójcze w początkowym etapie przyjmowania go. Więc i tym sobie nie pomogę mimo, że jest w domu, pod ręką boję się jednak, że pogorszy mój stan a mimo wszystko gdzieś tam w środku chce żyć. Chcę czuć dłoń mojego męża na biodrze, widzieć jak rosną moje dzieci, czuć słońce na policzku... 

 

Najgorsza myśl związana z podjęciem leczenia to ta, że pewnie stracę pracę, która daje ki tyle satysfakcji. Czuję się tam lubiana, doceniana rozwijam się, poznaje nowe rzeczy to fajne a ja w swoim wybrakowaniu na bank stracę i to. Znowu będę pasozytem. Przemecze okres chorobowego to jakoś przetrwam a potem... co dalej? Nie przyjmą mnie ponownie i co zrobię? To gówno w mojej głowie niszczy mi życie a złe chwile i pojebane myśli spowodowane chorobą daje mu pozywke. I kółko się zamyka... 

 

Dziś nienawidzę siebie. 

Źródło: intetnet,cyt. Robin Williams

8

A co kiedy serce krwawi...? 

Zdarzają się w życiu sytuacje, że serce krwawi tak bardzo, że nie chce bić. Bije bo musi, tak karze mu natura. Ale każde uderzenie boli tak bardzo, że zmuszanie seca do takiego bicia to barbarzynstwo dla człowieka je noszacego. 

Jak radzisz sobie kiedy serce krwawi? 

Ja sobie nie radzę :( 

Dla mnie każdy moment kiedy w sercu pojawia się smutek, żal i złość to armagedon, absolutny koniec mojego świata. W ostatnich miesiącach równy jest pragnieniu śmierci ale to już chyba nauczyłam się oppanowywac. W każdym razie każe takie krwawienie zostawia w sercu i w umyśle trwałą bliznę. Te blizny z czasem są coraz większe, grubsze. Pewnie przez to że serce ma swoją objętość, nie zwiększa się. Raczej maleje z każdą blizną... Kiedyś pewnie przyjdzie moment, że będzie już tak małe, że miłość w nim schowana wyleje się nie mając już miejsca i zostanie pusty flak, bez uczuć, wyrzuty z ciepła, empatii, radości dawania. 

Może właśnie wtedy przyjdzie moment, że przestanie boleć...? 

Tego nie wiem, wiem natomiast, że nie chce nigdy tego zaznać... Serce bez miłości to jak suche koryto rzeki bez życia, piękna, nic nie warty twór... 

Jak wtedy walczyć o zdrowie swojej głowy? Nie da się. Wtedy pozostaje się poddać temu co nastąpi, może dół, może góra a może całkowite nieczucie...  Wtedy dobrze mieć dobrą duszę, która pozwoli sercu poczuć że nadal jest cokolwiek warte. Jeśli Macie taką osobę  dbajcie o nią. 

Walczcie o swoje serca 💕💕 💕 

7

Najgorsze, że tak bardzo ciężko jest utrzymać w sobie poczucie własnej wartości.

Dziś np odłączyłam się od jednej z grup dla kobiet na fb zdenerwowało mnie, że one tam tak bardzo kreują się na piękne, mądre, zaradne, bogate. Przykład? Proszę: "poniedziałkowe zadanie na ten tydzień napisz jaki jest Twój największy sukces"? I co ja niby miałabym napisać? Dzieci? Dom? Praca jak każda inna? Jakie ja mam scullsy? Jakie niesamowite umiejętności, osiągnięcia? Jakie cele życiowe udało mi się osiągnąć jakie plany zrealizować? Absolutnie nic, niente, nada... A ta strona wspaniałych kobiet tylko mi o tym przypomina. Już nawet pomijam, że nie czuję się w żaden sposób inna czy bardziej wyjątkowa niż inne kobiety ale patrząc na tą ich prawdziwą czy nie wybitność czuję coraz mniejsza...

A ja chcę żyć... to znaczy hmmm... tak chcę. Od kiedy zaczęły mi się myśli samobójcze nie ma dnia bez nich. Budzę się i kładę ze śmiercią w podświadomości.

Spotyka mnie wiele dobrego. Mąż wspiera, pomaga, podnosi na duchu. Dzieciaki nawet jak widzą, że mam gorszy dzień dbają o mnie - zrobią ciepłą herbatkę, przyniosą koc... Najgorsze jest to, że nawet kiedy dni są dobre to cholerstwo mnie nie opuszcza. Boję się sama siebie jak w ulubionej ostatnio mojej piosence "Shallow" "...I'm falling In all the good times I find myself Longing for change And in the bad times I fear myself...".

Niby przecież kocham życie, kocham męża, swoją rodzinę, przyjaciół(kę), kocham jeść, tańczyć, smiać się z głupich komedii... co z tego? Czuję się tak jakby moje własne wewnętrzne alterego próbowało zniszczyć we mnie wszytsko co kocham a potem mnie samą... Jak walczyć z samą sobą? Jak żyć, pracować? 

Każdy dzień stanowi kolejną walkę z sobą samą. CZasami przegrywam bitwwę, czasem jedną za drugą wtedy depresja szaleje we mnie. Czasem bitwa jest wygrana czuję się silniejsza, lepsza wtedy mogę powiedieć, że jest dobrze, że odczówam, że cieszy mnie mój świat i wszytsko co wokół mnie. Tylko ileż można tak walczyc o każdy dzień? o każdą godzinę, minutę? 

Teraz chcę tylko wytrwac do wizyty u lekarza psychiatry... jeszcze 2 tygodnie... tylko i aż...

Mówiąc o tym jak mąż mnie wspiera i kocha nie żartuję... Bardzo chciałabym widzeć siebie Jego oczyma. Dziś miał napisać o mnie kilka słów - do pewnego projektu, który ccemy zrealizować razem. Napisał tak, że łzy sama cisną się do oczu... A ja wciąż nie czuje się taka jak opisał, próbuję jedynie uwierzyć na słowo bo wiem, że patrzy na mnie stojąc z boku nie ma go w mojej głowie i ten cholerny ChAD nie steruje jego myslami. 

A napisał tak:

"Siedzenie w miejscu ją dusi, a pociągają obce miejsca, bez mapy i zegarka. Dużo to zawsze oznacza „do pełna”, bez zahamowań w jedzeniu, ubraniu, długości i kolorze włosów, kontaktach z obcymi ludźmi. Dyskutuje na każdy temat z każdym, w dowolnej chwili i wszędzie, tłumacząc Czechowi z polskiego na angielski, mistrzowsko improwizując. Choć nie potrafi czegoś niepotrafić, odważnie próbuje wszystkiego, ale jak prawdziwa kobieta, nigdy tego nie kończy, zaczynając kolejne i nie mogąc się zdecydować na jedno. Gdy przyjdzie jej do głowy iść nocą w góry, w ciąży do to pójdzie nawet w zaspach śnieżnych i zrobi to szybciej niż inni. To ona kitrasi w kieszeni zaczarowany ołówek organizując nim każdą rzecz, osobę, imprezę, numer telefonu, czy budynek. Jedyne czego nie potrafi zorganizować to pieniądze (może dlatego, że jej do niczego nie są potrzebne). Gdy Ty na ten przykład zgubisz korek od gazu, wyciągnie go z torebki, choć nigdy auta na gaz nie miała. Mimo, że zawsze jej plany są zbyt późne, w złym miejscu i przy nieodpowiedniej pogodzie, to jej wyobraźnia improwizatorki odwraca los i pozwala śmiać się z wszystkiego. Talent aktorski, humor na zawołanie, bohaterska improwizacja w ryzykownych sytuacjach czyni z niej uosobienie Harley Quinn – inteligentną dr Harleen Quinzel, bardziej szaloną od samego Jokera, i wciąż tak kobiecą, że boi się tylko morsować i brzydzi ją tylko grochówka."

Ja wiem, że z nim nawet grochowkę zjem ale czemu mimo to nadal przegrywam walkę z sobą i znów wraca dołek...?

źródło: https://www.zedge.net/wallpaper/d5faa59a-f541-4601-beff-9f9658041639

6

Te kilka początkowych wpisów stanowiło niejaki wstęp, podkład pod mj świat. Być może trochę pod genezę mojej choroby. Teraz czas na podzielenie się z Wami tym "z czym to się je..."

Odnośnie właśnie jej - ChAD

W inetrnecie znajdziecie dzisiątki artukułów bardzej lub mniej naukowych na temat popularnej EFKI (potoczne określenie ChADu). Są setki stron poświęconych tej tematyce z suchą teorią w tle.

Prawda jest niestety taka, że tak choroba ma tak bardzo indywidualny przebieg, że nie sposób opisać jej w 100%. Opracowania naukowe powiedzą Wam o elementach spójnych dla rozpoznania ChAD, cechach charakterytycznych. Nie powiedzą Wam , że życie z tym cholerstwem jest jak przekleństwo najwredniejszej spośród średniowiecznych czarownic. 

Nie wiem jak mają inni ChADowcy - mogę się jedynie domyślać ale dla mnie okropny jest, że nie znam siebie. Nie mam poczucia, która ja jestem tą właściwą. Nie sposób okreslić co lubię a czego nie bo to zależy od dnia a czasm od godziny (kidy dopada mnie epizod mieszany - najgorszy z najgorszych).

Jedno natomiast można powiedzieć jasno i klayfikację tę uwzględniam idąc za rozmową z moim mężem.

Ostatnio z powodu silnych depresji i myśli samobójczych bardzo często rozważam pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Zastanawiam się nad elektrowstrząsami - podobno zajebicie skutecznymi. Co za tym idzie dużo na ten temat czytam. Czytając informacje na blogach, forach itp dowiedziałam się, że szpitale podzielone są tematycznie zwykle na 3 części. 1 to są oddziały starcze, demencyjne osoby z kłopotami z pamięcią itp.; 2 oddziały depresji, chadu, rozstorje nerowe itp oraz 3 schizofrenie i stany głębokich psychoz. Wygląda to jak podział grup wg. sposobu postrzegania rzeczywistości. My ChADowcy czy tez depresanci jestesmy w grupie chorych ale potrafiących odróżnić realny świat od wyimagonowanego. I tu chybajest nasz problem. Czasem zazdroszczę schizofrenikom - oni nawet nie zauważają, że sa chorzy. My żyjemy ze świadomością naszego wybrakowania jednoczes nie mogąc nic z tym zrobic.  Możemy brać leki, tłumić objawy i to wszystko. Leki nie służą niestety wyleczeniu, leki łagodzą objawy choroby. Jak apap na ból głowy.  Tylko jak radzic sobie z ymi objawami bez leków? Ja staram się od ponad roku, ale  tym następnym razem...

 

Żródło: https://www.google.com/url?sa=i&source=images&cd=&cad=rja&uact=8&ved=0ahUKEwjq2KSQmdjkAhUOL1AKHa4LAL8QMwgsKAAwAA&url=http%3A%2F%2Fpsychologia-blog.blogspot.com%2F&psig=AOvVaw0DoK83Tth5OWPOyy_Em4QC&ust=1568821360174741&ictx=3&uact=3

5

Historii ciąg dalszy..

Pisałam, że rozmowa przeradzała się we flirt... Założenie było pewnie dla wielu niezrozumiałe w przypadku kobiety zamężnej, matki dwójki dzieci - TYLKO SEX. Cóż to Mańka - taka właśnie jest nie zważa na konwenanse, chce coś i to bierze. Założenie z góry spoko "jes;li poczuję, że cokolwiek do Ciebie czuje - konec spotkań". Problem w tym, że miłość jest sprytna, jak przychodzi moment, że zauwa żamy że kochamy jest już dużo za późno.

Ludzie miłość w manii - nie da się tego opisać. Chłoniesz dosłownie drugą osobę, czujesz wszystkimi zmysłami razy dziesięć. Wąchałam go, smakowałam, wpatrywałam się w niego na wylot prawie. Czułam każdą komórką swojego szalonego ciała.

I tak po 2,5 roku opuściłam fałszywy, wyimaginowany świat mojego małżeństwa. On odszedł od żony - tracąc wiele. Zaryzykowaliśmy. Udało się. Jesteśmy razem. Wychowujemy moje dzieci i naszego synka. Kochamy się wciąż tak samo mocno, i tak bardzo jak się kochamy tak bardzo się czasem kłócimy ale ja wiem, że TO JEST TO - warto.

On zna moją chorbę od podszewki. Każdy jej aspekt. Rozmawiamy, dyskutujemy ja płaczę, za chwilę szaleję. Nigdy nie wiemy jaka obudzę się kolejengo dnia i On widzi każdą zmianę. Nie żałuję - czy w manii czy depresji czy reemisji - nie żałuję.

Przyjaciół i rodzinę niestety czas bardzo zweryfikował - słuchająca otoczenia i posłuszna byłam idealna jako prawdziwa "ja" jestem chyba zbyt ekscentryczna. To przykre ale nauczyłam się już z tym żyć.Nauczyłam się nie prosić się o uwagę, o zainteresowanie o przyjaźń, miłość.

Przyjaciół poznajemy w biedzie i faktycznie tak jest. Tylko jedna przyjazna, kochana dusza martwiła się kiedy intensywnie myślałam o śmierci - jeździła mi koło domu w środku nocy bojąc się czy żyję. Za tą przyjaźń jestem wdzięczna losowi.

Dziś jest dobry dzień - póki co. Jak się rozwinie tego nie wiem - epizody mieszane to jest to co teraz trawi mój umysł. Dzień bez myśli samobójczych dniem straconym, chciałoby się skwitować popularnym "hahaha" ale jakoś mi nie do śmiechu. Mimo niechęci do tej strefy mojego życia, mimo tego jak bardzo jest mi z tym ciężko i źle chcę walczyć. Głupie uczucie jednocześnie chcieć zniknąć i walczyć o siebie. To jak przenikające się w moim umyśle woda i ogień. najgorsza jest świadomość, że nie ma szans na wyleczenia - muszę z tym żyć tak długo jak będzie mi dane chodzić po tym świecie...

4

ChAD i praca

No i jestem w pracy...

Epizod mieszany. Jak to jest...? Siedzisz przed komputerem w pracy, obsługujesz klienta, uśmiechasz się, rozmawiasz niby wszystko super - właśnie sprzedałam sporo za fajna kase - będzie premia mimo to w ułamek sekundy oczy zachodzą Ci łzami - bez powodu, kompletnie bez powodu.

Idziesz do toalety, ubierając się zauważasz w lustrze, że Masz całkiem niezły tyłek niby czujesz sie atrakcyjnie a jednocześnie w środku czujesz taką pustkę, że nie jesteś w stanie się z tego ucieszyć i chce Ci się ryczeć bo Masz żal sam/a do siebie, że nie doceniasz tego co Masz - właściwie doceniasz tylko Masz to gdzies uważając, że cokolwiek nie zrobisz Jesteś chodzącą klęską.

I tak balansujesz na skraju samozachwytu i autonienawiści mając jednocześnie świadomość, że nigdy już nie wyleczysz się z tego cholerstwa... i zaczynasz myśleć, że im krótsza ta męka tym lepiej.

Potem zaczynasz wracać do myślenia trzeźwo... Przecież są ludzie, którym zależy to raptem kilka ważnych postaci ale jednak są - te najważniejsze. Kminisz, że dla nich warto postarać się walczyć, że może lekarz, może leki... Trzymasz się tej myśli bo tylko ona nie pozwala Ci się poddać...

3

Tym razem tylko krótka nauka:

Ten wpis to tylko link do strony internetowej, która wyjaśnia czym jest ChAD. Choroba częśto blędnie diagnozowana jako depresja bo przeież w manii nikt nie pójdzie do psychiatry... MAŃKA  jest zajebis... Dużo tutaj o ChAD będzie w zasadzie on jest powodem dla którego ten blog powstał należy się więc wyjaśnienie co to jest. Zapraszam do lektury, to jeden z lepiej napisanych na ten temat artykułów medycznych:

https://www.mp.pl/pacjent/psychiatria/choroby/69890,choroba-afektywna-dwubiegunowa

Podsyłam również pierwszy w Polsce film dokumentalny obrazujący życie z ChAD-em:

https://www.youtube.com/watch?v=OVreJtC8-lc

 

Enjoy

2

Wino w lampce stoi obok laptopa... Uwielbiam lampkę wina wieeczorem, po całym dniu w biegu, w szale pracy,obowiążków, plątaninie myśli kiedy topraca przeplata się z opieką nad dziećmi, dbaniem o męża, o stosunki z przyjaciółmi... Głowa nieustannie zaprzątnięta mniej lub bardziej istotnymi myślami... 

I tak teraz o 21:50 po 16,5 godz intensywnie "na nogach" , co oznacza na pełnych 120% obrotach udało mi się usiąść z lampką wina, sałatką i laptopem żeby wreszcie na chwilę chociaż pozbierać myśli i kontynuować to co wczoraj zaczęłam...  

Na czym to ja... aaaa już wiem... 

No więc - chociaż Pani polonistka z podstawówki dałaby mi teraz "pałę" za rozpoczynanie zdania od "no więc" pominę Jej opinię (mimo, iż szanuję ją bardzo) i będę kontynuować myśl... skonczyłam na Brie...

Tak Brie to postać bardzo zbliżona do mnie z tamtego okresu. Mimo ogromnej pustki w środku, gigantycznej potrzeby wyrwania się ze świata wokół ona dzielnie gra swoją rolę przykładnej żony i matki, idealnej kobiety bez skazy... tak też grałam ja.

Weszłam w ten chory świat, w ten spektakl oczekiwań mojego otoczenia a, że podobno minęłam się z powołaniem aktorskim grałam wsspaniale... Jednak każda sztuka kiedyś się konczy, tak też stało się w mojej...

Żyjąc z mężem kompletnie mi obojętnym (no może jako brat mógłby mi być bardziej) pracując po 10-12 godzin dziennie umysłowo - zarządzając zspłem ludzi rozliczających placówkę medyczną, bez możliwości pokazania swojego prawdziwego "ja" poddałam się całkowicie swojej chorobie...

ChAD to ona zawładnęła moim życiem... żylam od manii do depresji. Epizody zaczęły być tak silne, że przesądzały o wszytkim. W depresji po pracy leżałam pogrążona w swojej własnej niemocy, słabości i benadziei. W manii byłam niczym Afrodyta, Atena, Artemida, Hera i każda inna bogini w jednej osobie, moja kreatywność, pomysłowść i poczucie własnej watości wynisiły 200%. Przy czym wystarczała mi niewielka ilość snu a moje działania były chaotyczne i nieprzemyślane, czasem nawet niebezpieczne. 

W całym tym ferworze codziennej walki pamiętałam o woich synach. I tak pewwnego grudniowego dnia przegladając fb i jednocześnie szukajac w głowie pomysłu czym by tu zarazić moje dziecko ( w sensie pasji) natknęłam się na zdjęcie kolegi sprzed lat...

Aaaallleee... jakież to było zdjęcie...

W kimonie, z podniesionymi pięściami z czerwonymi od krwi kośćmi dłoni i ta pasja w oczach... Nigdy nigdzie u niekogo takiej nie widziałam. Pomyślalam więc "to jest to" i niewiele myśląc napisałam zapytanie czt skoro nosi kimono i widać , że walczy to może orientuje się czy gdzies w naszym mieście nie ma zajęć karate. Dostałam odpowiedź tak niejednoznaczną i tak wyczerpującą w kwestii karate, że szczęka opadła mi po same gacie. 

Syna nie zapisałam ale ta odpowiedź nie dawała mi spokoju "co to za niesamowity człowiek musi być" myslałam. Kuszona tymi przemysleniami odważyłam się odewać ponownie i tak niewinne zapytanie przerodziło się w flirt... W tle tych rozmów we mnie rozgrywał się dramat. Ja w manii, siedząca w domu i pracy. Ja BOGINI - w moim a raczej ChADu mniemaniu. No cóż miania sprawia, że nie ma rzeczy niemożliwych a ponieważ nie byłam jakoś bardzomocno związana głębszymi uczuciami z mężem dałam się porwać zauroczeniu, tym bardziej, że z każdą rozmową okazywał się coraz bardziej niesamowity a ja MAŃKA przecież mogę wszystko...

 

Kurcze znów wychodzi książka. C Ya next time...

1

Skoro już powstała strona, namęczyłam się nad piekną wizualizacją bla bla bla to czas chyba przejśc do sedna.

Otórz oto ja. Stoję po raz kolejny w tym roku na skraju epizodu depresyjnego. Ale może od początku... W wieku lat 21 przeszłam gigamtyczne załamanie nerwowe wówczas sądziłam, że spowodowane pijącym tatą, maturą plus problemami w ówczesnym (zbyt długo z reszta trwającym związku). Z perspektywy lat, będąc już bardziej świadomą tego co kieruje naszym życiem, mózgiem i jego zachowaniami wiem, że załamanie spowodowane było brakiem własnej osobowości a może raczej brakiem możliwości rozwijania jej w jakikolwiek sposób. Żyłam w przeświadczeniu, że muszę koniecznie być idealnie wpasowanym w konwencję małego miasta trybikiem, choćby nie wiem co nie wychylającym się poza ramy panującego ładu.

A czym był owy ład...?

Otórz ład ten to... codzienne udawanie, że wszystko jest ok. Że tata nie pije, że mama jest super idealna, że uwielbiam chodzić do szkoły a chłopak, z którym "chodzę" jest mi przeznaczony. Tak, właśnie tak codziennie uczona byłam, że najważniejsze są pozory. Problem w tym, że moje wewnętrzne ja bardzo sie na to nie godziło. Bo niby czemu miałoby. Nie mogąc się wyzwolic postanowiło sprezentować mi piekło na ziemi i obdarowało mnie ChADem. Zalamanie nerwowe, o którym wspomniałam powyżej było pierwszym momentem przełomowym. Zaprowadziło mnie to psychiatry, po raz pierwszy w życiu. Boże jaki to musiał być wstyd dla mojej rodziny, oczywiście wówczs było to tabu absolutne. Córka u pychiatry!!! "Tylko nikomu o tym nie mówmy". No i tak to właśnie było. W sumie to nawet nie wiem czy mpja rodzina poznała diagnozę - chyba naet nie pytali. Nie mówiłam, że słyszę głosy, nie leżałam z poduszką na głowie to znaczy, że leki działają i temat zamknięty...

Otórz nie... Dwa lata przyjmowania leków i stwierdziłam, że już jestem zdrowa. Odstawilam je i poczułam się wspaniale, więcej manii niż depresji a co za tym idzie poczucie, że mogę wszystko, że jestem najlepsza, najpiękniejsza, najmądrzejsza, najbardziej kreatywna, że jesli dziś postanowię, że jadę na Kilimandżaro to jutro tam będę bo JA tak chcę. Doły były ledwo zauważalne zwykle przychodziły zimą więc zrzucałam je na karb jesiennnego przesilenia. ChAD w tamtym czasie objawiał się sezonowo. Potem ślub ze wspomnianym już chłopakiem - takim który wydwałoby się nie ma wad. Miał jedną - nie kochałam go, nie był człowiekiem dla mnie. Potem dziecko, praca, dom, kolejne dziecko i coraz silniejsze depresje ale i mega silne manie. Sądziłam, że tak już spędzę życie w tym wyimaginowanym sztucznym świecie niczym Brie z "Gotowych na wszytko" - udając, że wszystko jest idealnie. 

Ale o tym to już chyba kolejnym razem bo skonczy sie na tym, że powstanie książka już przy pierwszym wpisie...

Póki co idę walczyć z pierdziuloną depresją o swoje jutro i jego znośny kształt w nadziei, że może pewnego dnia powiem "panuję nad Tobą"...

Name*
Email address*
Message*